Operaen (Det Kongelige Teater) w Kopenhadze rozpoczęła nowy rok 2025 serwując swej publiczności nie lada przysmak: Maria Stuart Donizettiego (zaprezentowana pod włoskim tytułem Maria Stuarda) okazała się być prawykonaniem tej opery w Danii. Fakt ten nie powinien zbyt dziwić – Gaetano Donizetti (1797-1848) skomponował ponad 60 oper, które w zasadzie nie przetrwały jego czasów.
Prezentowany przez niego styl, zwany bel canto, doczekał się niejakiego renesansu dopiero w XX wieku, kiedy wielkie gwiazdy wokalne na nowo zapragnęły przywrócić operowej scenie jego przepiękną muzykę. Nie było to łatwe: tylko najwięksi wirtuozi umieli jeszcze śpiewać tak lirycznie i tak karkołomnie, publiczność, wychowana na operach Verdiego, Pucciniego, Straussa i Wagnera, nie miała cierpliwości oglądać przedstawienia, w których w zasadzie „nic się nie działo”, soliści wykonywali swe arie stojąc na środku sceny, dekoracje sprawiały wrażenie jak by je w ostatniej chwili wyciągnięto z lamusa, muzycy orkiestry nudzili się grając proste akompaniamenty typu „bum-cyk-cyk”.
Niezależnie od tematu, opery bel canto wydają się być wszystkie takie same: wielkie uczucia (miłość, zdrada, śmierć) mają swe dość schematyczne frazy wyrazowe, wszystkie arie zbudowane się w formie A-B-A, gdzie „B” stanowi kontrast, który nie zostaje rozwiązany, bo powraca pierwotna melodia i to samo uczucie, co na początku. Jeżeli wziąć pod uwagę operę jako „przedstawienie”, to epoka bel canta neguje wymogi teatru: tu ważna jest tylko muzyka. Ale jaka muzyka! Piękno linii melodycznych Belliniego i Donizettiego jest wprost doskonale.

Nie na darmo Chopin zalecał swym uczniom śpiewanie arii operowych i był wierny przeświadczeniu, że ideałem wszelkiej muzyki jest ludzki śpiew. Nie przepuścił żadnej okazji, by być obecny na spektaklach operowych, słuchając i zachwycając się pięknem muzyki belcanta, bo to był styl jego epoki. Nokturny Chopina nazywane są bel cantem fortepianu.
Osiąga tu Chopin rzecz wręcz paradoksalną: fortepian, instrument bliski perkusji, staje się śpiewakiem. Cechy śpiewu bel canto: improwizacje i arabeski ornamentalne, przekłada Chopin na fortepian, wzbogaca harmonie i uniezależnia linie akompaniamentu. Donizetti skomponował operę Maria Stuarda w roku 1834 dla Teatru San Carlo w Neapolu. Podstawą libretta jest dramat Schillera, którego sednem jest konflikt między protestancką królową Anglii, Elżbietą I, a katolicką władczynią Szkocji Marią Stuart, pretendującą do tronu angielskiego. Konflikt kończy się egzekucją Marii i ostatecznym zwycięstwem kościoła anglikańskiego. Punktem centralnym opery (jak i dramatu Schillera) jest spotkanie i konfrontacja obu królowych, co w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca. Schiller (i Donizetti) dodają również dla celów dramatycznych rzekomy romans obu bohaterek z Roberto, hrabią Leicester. W ten sposób obok dwóch głównych ról kobiecych pojawia się i tenor, daje to dobre podłoże do duetów i tercetów. Reszta obsady to małe role drugoplanowe. Maria Stuarda ma wiec dwie bohaterki: zainteresowanie twórców koncentruje się w I akcie na postaci Elżbiety, w drugim akcie na postaci Marii. Pierwszy akt kończy się sceną konfrontacji, kiedy to los Marii zdaje się być przesądzony, drugi akt kończy się egzekucją.
Reżyserka kopenhaskiego przedstawienia (prezentowanego już poprzednio w Grand Théâtre de Geneve), Mariame Clément z Paryża, pokreśliła fakt, że mamy do czynienia z „dwoma światami”, z dwiema bohaterkami, umiejscawiając oba akty w różnych dekoracjach i „klimatach”: akt pierwszy, który koncentruje się na postaci Elżbiety I, rozgrywa się w mrocznych wnętrzach zamkowych, w dominującym kolorze „niebieskości Holbeina”, drugi akt, gdzie uwaga koncentruje się na postaci Marii, rozgrywa się „w plenerze”, w laskach i ogrodach, z dominującym kolorem bladozielonym.

We wnętrzach kręci się spora ilość ludzi ubranych w bardzo rożne stroje: jedni są „w strojach z epoki”, inni są w strojach współczesnych. „Statyści” – są nimi członkowie chóru Opery – podtańcowują w rytm śpiewanych arii – pozwalając widzowi łatwiej „przełknąć” długie, i w zasadzie podobne do siebie arie. Tak chyba rozumowała reżyserka, idąc na fali modnej tendencji „dramatyzowania” dłuższych partii śpiewanych.
Dwuznaczność „czasu akcji” podkreślają nowoczesne rekwizyty: aparaty fotograficzne, telefon z lat 60-tych, fotoreporterskie kamery filmujące sceny poprzedzające egzekucje, tak by dwuznaczność akcji wyraźnie eksponowała główną ideę Clément: historia jest ponadczasowa, dzieje się „zawsze” a motorem napędzającym jest żądza władzy. Nic tylko przyklasnąć. Wszystko pięknie, ale według mnie nie o to w operze bel canto chodzi: tu najważniejszy jest śpiew, i po to idziemy na spektakl, by usłyszeć głosy „z najwyższej półki” i by dać się pochłonąć muzyce. Dreptanie statystów w tle tylko przeszkadza koncentracji. Tak więc, jak to niestety często muszę robić, zamykałam oczy, by wrażenia wizualne nie psuły mi rozkoszowania się pięknem muzyki i kunsztem wokalnym. Na szczęście Maria Stuart w Kopenhadze zaprezentowała nam solistów najwyższej rangi: śpiewające od lat na tej scenie Szwedki: Elisabeth Jansson (Elżbieta) i Gisela Stile (Maria) oraz występujący gościnnie doskonały tenor Galeano Salas (Roberto). Wszyscy byli zachwyceni: licznie zgromadzona publiczność i krytycy muzyczni, sypiący sporą ilość gwiazdek i serduszek w gazetach, czasopismach i blogach.
Eva Maria Jensen