Przegląd nowości

Łańcuchy Lutosławskiego

Opublikowano: poniedziałek, 03, luty 2025 21:41

Jarosław Nadrzycki pokazał klasę w natchnionym emocjami wykonaniu Partity Witolda Lutosławskiego. Jego grę obserwowało się z uwagą i napięciem. W początkowej części artysta świadomie dopuszczał liczne glissanda, tworzył utwór jakby „z cygańska”. Później w części lirycznej w wysokich rejestrach poczuło się nastrój, jak z koncertów skrzypcowych Karola Szymanowskiego.

 

Studio Lutosławskiego 1

 

Wreszcie towarzyszenie orkiestry wyraźnie nacechowane wyobraźnią dźwiękową Debussy'ego pozwoliło rozkoszować się wielobarwnością quasi impresjonizmu. W wypowiedzi udzielonej dla II Programu Polskiego Radia, którą było słychać na sali Studia im. Lutosławskiego, skrzypek zwrócił też uwagę na zastosowany przez kompozytora segment w technice aleatoryzmu kontrolowanego, który pozostawia kwestię wyboru przebiegu rytmicznego i agogicznego samemu wykonawcy. Trzeba by dobrze znać na pamięć inne wykonania utworu, aby wyodrębnić owe aleatoryzmy. Marcin Zgliński, który regularnie recenzuje dzień po dniu koncert za koncertem, twierdzi, że zna wszystkie realizacje wcześniejsze i porównuje je, co sprawia, że jedne wywyższa, inne ocenia niżej.


Nie biorąc poprawki na dosyć zawodną ludzką pamięć i jeszcze swobodę kreacji każdego artysty stwierdził, że Nadrzycki nie wypadł w Particie tak dobrze jak Krzysztof Jakowicz, że tego i owego mu zabrakło. Mnie, która tego artystę słyszałam na Festiwalu Bachowskim w Świdnicy, zabrakło archaicznej techniki gry na skrzypcach, której wtedy był admiratorem, tzn. nie trzymał pudła pod brodą, ale opierał o pierś, o serce.

 

Studio Lutosławskiego 2

 

Zdaję sobie sprawę, że tamten „chwyt" był obliczony na podziw specjalistów od „wykonawstwa poinformowanego", ale w kontekście Partity, która też ma swoje źródło w baroku, można było zrobić taki wyjątek, choćby na chwilę. Ostre pióro prof. Zglińskiego wyładowało się też na kompozycji dość już wiekowej, ale mającej swoje pierwsze wykonanie w Polsce, czyli Musica notturna Giorgia Federica Ghediniego. Stwierdził ni mniej ni więcej, że ten nastrojowy i wyciszony utwór w ogóle nie był nikomu potrzebny, zajął się natomiast z entuzjazmem końcowym punktem programu, czyli Toccatą e due canzoni (też coś z dawnych wieków) Bohuslava Martinů. Utwór był istotnie ciekawy, a pierwszy segment, jak to u „czeskiego Amerykanina” we zwyczaju, stał się wręcz muzyką westernową.


Nasz recenzent wystąpił natomiast w obronie pianistki Agnieszki Kozło, która w pierwszej części towarzyszyła Nadrzyckiemu w Particie i wyszła wraz z solistą do ukłonów, a w Toccacie Martinů nawet pies z kulawą nogą o niej nie wspomniał. Ja mam natomiast pretensję do profesora o to, że nie wspomniał ani słowem o ciekawym solo na mandolinie, na której grał w trakcie wykonywania „niepotrzebnego" utworu Ghediniego, ukryty wśród Drugich Skrzypków multiinstrumentalista.

 

Studio Lutosławskiego 3

 

Może profesorowi skojarzyła się przedwojenna piosenka: Panna Mania cudnie gra na mandolinie. Łodzibidzibińdzia łodzibidzibińdzia łodzibidzibi i uznał, że mandolina jest instrumentem poniżej pewnego poziomu. Natomiast my oboje dosyć wysoko oceniliśmy pierwsze ogniwo „łańcuchowego" koncertu, Sinfonia da camera Zbigniewa Turskiego, świetnie zagrany przez Orkiestrę Polskiego Radia pod dyrekcją Michała Klauzy. W tej kompozycji z czasów tzw. stalinowskich ciekawe jest to, że kiedy Turski podłapał wtenczas kilka międzynarodowych nagród „w Związku Kompozytorów Polskich zawrzało”, jak podawał inny krytyk i kompozytor Zygmunt Mycielski.

                                                                               Joanna Tumiłowicz