Przegląd nowości

Legun, Klimczak i Franków-Żelazny

Opublikowano: poniedziałek, 27, styczeń 2025 06:18

Napisała do mnie pewna ważna polska osobistość, wybitna w swej profesji, ale zastrzegająca sobie anonimowość. Cytuję: „Paszporty „Polityki” … rozdane. Wiele z tych rzeczy nie widziałam, nie czytałam, nie zauważyłam. Czy to znaczy, że wypadam z rzeczywistości? Zajmuję się zbytnio swoimi sprawami  Mniej mnie w ogóle interesuje? Patrzę w przeszłość? Czy oferta jest tak duża, że nie nadążam? Nie wiem. Czasem mam tylko takie wrażenie, że szanowne gremia w swoich wyborach, chcą być za wszelką cenę oryginalne. No ale paszporty „Polityki” to przecież „pochód młodości”, nowości. Chyba podobają mi się trochę inne rzeczy, ale chylę głowę przed młodością, tak czy tak”.

 

Nic dodać, nic ująć! Podpisuję się pod tym poglądem obiema rękami, a transmisji telewizyjnej z tegorocznego nadania życzę na przyszłość bardziej trafnej oprawy muzycznej, bardziej stonowanego operowania oświetleniem i bardziej uporządkowanego przebiegu programu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył zakwefionej tym razem od pasa w górę Grażyny Torbickiej w szykownej sukni, jako że ostatnio na gali otwarcia prezydencji pokazała się też od pasa w górę, ale roznegliżowana (!).

 

W kategorii „muzyka poważna” laureatką została Gabriela Legun, solistka Opery Śląskiej, a nie Opery Bałtyckiej (gdzie wprawdzie niedawno śpiewała Cyganerię). Takie głoszenie, że jest związana z Wybrzeżem brzmi pretensjonalnie i nieprawdziwie. Gdyby wymieniać teatry, w których już występowała ta zaledwie dwudziestokilkuletnia liryczna sopranistka, to należałoby pamiętać także o Wrocławiu (Micaëla), Warszawie (Hanna, Pamina, Donna Anna), Brukseli (Nostalgie Rivoluzione) czy Berlinie (Czarodziejski flet), a zwłaszcza o Bytomiu, gdzie ma już poza sobą Łucję z Lammermoor (tytułowa), Bal maskowy (Oskar), Napój miłosny (Adina) i La Rondine (tytułowa). Z udziałem Gabrieli Legun w najbliższych miesiącach Opera Narodowa planuje premiery Simona Boccanegry Verdiego i Romea i Julii Gounoda. Ta pięknogłosa solistka zapewne wkrótce wyfrunie na świat, jak wielu zaczynających swą drogę artystyczną właśnie w Operze Śląskiej, o czym nie wolno nikomu zapominać.

 

W naszym środowisku nie zapomnimy również o Andrzeju Klimczaku, rodem i wykształceniem z Wrocławia, a karierze artystycznej i aktywności publicznej związany z Operą Królewską. Był jej współzałożycielem i dyrektorem w latach 2019-2024.


„Dla wielu z nas przede wszystkim przyjaciel, kolega i mentor… człowiek ciepły, bezpośredni, o ciętym dowcipie, zawsze niezwykle zaangażowany w swoją pracę… prawdziwy człowiek sceny, artysta wyjątkowy, którego kreacje w niezliczonych operach Mozarta, Rossiniego, dziełach barokowych i współczesnych pozostaną na zawsze w pamięci i sercach melomanów” – napisali zrozpaczeni współpracownicy.

 

Ze swej strony zacytuję samego siebie w książkowym wydaniu „Alfabetu dla zaawansowanych”, który ukazał się akurat 3 stycznia, w dniu śmierci Andrzeja Klimczaka: „Pamiętam go jeszcze z Opery Wrocławskiej. Śpiewał w chórze ze swym starszym bratem Markiem i urodziwą siostrą Anną. Natomiast Andrzej w roku 1987 ukończył studia wokalne w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, zaangażował się do Warszawskiej Opery Kameralnej i obecnie legitymuje się ponad pięćdziesięcioma czołowymi rolami bas-barytonowymi. W swej karierze zawodowej potrafił połączyć występy sceniczne z zorganizowaniem i planowaniem działalności artystycznej oraz administrowaniem przedsięwzięciami operowymi. Postać ceniona, akceptowana i w tym środowisku niezwykle potrzebna”.

 

Szkoda – Andrzeju – że nie zdążyłeś tego przeczytać, do końca troskliwie pielęgnowany przez córkę i przyszłego zięcia, Twojego solisty Pawła Michalczuka, też bas-barytona.

 

Kilka dni temu ogłoszono, że Opera Wrocławska ma nowego dyrektora castingu. Został nim Tomasz Konieczny, który obecnie robi międzynarodową karierę, zwłaszcza w repertuarze wagnerowskim. Jego zadaniem będzie kompletowanie obsad do spektakli. Takiego stanowiska w polskim teatrze operowym dotąd nie było. Obsady ustalali zwykle dyrektorzy artystyczni lub muzyczni, a w teatrach którymi kierowałem dokonywałem, tego osobiście. Jeśli Tomaszowi Koniecznemu uda się pogodzić codzienne nadzorowanie prób i spektakli, przesłuchiwanie śpiewaków i zgłaszających się kandydatów z własną – jakże czasochłonną – karierą na odległych scenach Europy i świata, to decyzja taka będzie miała sens, choć już teraz wydaje się być ryzykowną, choć nowatorską.

 

Natomiast dla Wrocławia szukanie kandydata na stanowisko dyrektora artystycznego aż w Gruzji, wydaje się być nieporozumieniem. Obecnie krąży kilkunastu polskich dyrygentów różnych pokoleń poszukujących zatrudnienia, z których co najmniej połowa pasowałaby do sytuacji, w której znajduje się Opera Wrocławska – proszę pani Franków-Żelazny, której chętnie podam adresy i telefony, zanim zaczniemy podejrzewać, że marszałek dolnośląski znów podjął nietrafną decyzję.

                                                                           Sławomir Pietras