Słuchałam tej opery na żywo podczas festiwalu Chopin i jego Europa. W niewielkiej przestrzeni wyodrębnionej na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie wszystko brzmiało znakomicie. Nic dziwnego, że Narodowy Instytut Fryderyka Chopina opublikował dwupłytowy album z nagraniem, gdzie wszystko brzmi jeszcze lepiej, choć słychać też słabości niektórych wykonawców. W każdym razie prezent, który zrobił polskiej publiczności Fabio Biondi, szef orkiestry Europa Galante, bo wynalazł wśród młodzieńczych dzieł Giuseppe Verdiego utwór odnoszący się do polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, dobrze posłużył się też wzmocnieniu więzów przyjaźni z innym Stanisławem, biorąc pod uwagę, że dyrektor festiwalu jest być może w prostej linii potomkiem tamtego bohatera. Choć prapremiera opery Un giorno di regno, jak mówią źródła, poniosła w 1840 roku w Mediolanie sromotną klęskę, to jednak my czujemy do Verdiego i Biondiego wdzięczność za ten podarek.

Teraz prezent w postaci grubego albumu jest dostępny dla każdego. I wcale nie słucha się Dnia królowania jako jakiegoś nieudanego odpadu od właściwej twórczości włoskiego mistrza, lecz podziwia temperament muzyczny i pomysłowość w tworzeniu poszczególnych scen, duetów, ansambli, chórów i części czysto orkiestrowych. Opera czaruje swym wigorem i melodycznym humorem, a tak lubiane i podziwiane włoskie parlanda, przypominają najlepsze fragmenty Rossiniowskie. Nie wgłębiając się w zawiłości treści farsy o polskim królu chłoniemy kolejne numery solistyczne wzmacniane świetnymi epizodami Chóru Opery i FIlharmonii Podlaskiej przygotowanego przez Violettę Bielecką. Z tego zespołu pochodzą zresztą dwaj wykonawcy partii drugoplanowych. Ważną rolę w składzie orkiestry spełnił też fortepian historyczny Erard z 1840 roku – roku niefortunnej premiery – wypożyczony z kolekcji instrumentów Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina. Całości dopełnili soliści, z których najlepsze były dwie panie, zwłaszcza kreująca rolę owdowiałej Markizy w wykonaniu Tiny Goriny, i Julia, córka barona (Vivica Genaux) oraz rzekomy król – baryton German Olvera. Pozostali wykonawcy, zwłaszcza w drugim akcie, zmagają się z trudnymi zadaniami, którymi Verdi obdarzał śpiewaków, co niestety na nagraniu nie dało się ukryć. Nie zajmując się takimi szczegółami cieszymy ucho piękną muzyką, która miejscami przypomina nawet Wilhelma Tella Rossiniego, a dają się też wysłyszeć, być może zapożyczane od włoskiego giganta niektóre ustępy z lekkich, komediowych oper Stanisława Moniuszki Flis i Verbum Nobile. Ten błyskotliwy styl operowy XIX wieku na pewno nie jest do pogardzenia, ani w dziełach z Italii, ani przeszczepianych na grunt Polski. Słuchajmy więc wesołej i lekkiej opery z przyjemnością, bo właśnie takich uczuć powinna dostarczać słuchaczom sztuka muzyczna. Zaś treść akcji scenicznej można zdanie po zdaniu prześledzić z pełnego libretta, podanego drukiem w trzech językach: włoskim, angielskim i polskim.
Joanna Tumiłowicz