Jesień to czas, który sprzyja refleksji i otwiera drzwi do nowych doświadczeń. Kiedy przeglądałem oferty wyjazdów, pomysł powrotu do Bułgarii po latach zaintrygował mnie. Ten kraj, bogaty w historię i kulturę, obiecywał coś więcej niż relaks na plaży – oferował wgląd w tysiąclecia ludzkiej cywilizacji oraz możliwość spotkania z wyjątkowym światem opery. Nie wiedziałem jeszcze, że to zaproszenie stanie się początkiem niezwykłej podróży, która połączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Plany beztroskich spacerów wzdłuż plaż, w blasku październikowego słońca, szybko ustąpiły miejsca pragnieniu odkrywania kulturowego bogactwa Bułgarii. Opustoszałe kurorty, w których automaty z kawą zastąpiły kawiarnie, początkowo mnie rozczarowały. Jednocześnie wymusiły elastyczność i kreatywność w podejściu do podróży. Gdy spacerowe marzenia i lokalne kulinarne eksploracje okazały się niemożliwe, sięgnąłem po swoją pasję – operę.

Bułgaria, kraj o populacji około 6,5 miliona mieszkańców, zaskoczyła mnie bogactwem swojej sceny muzycznej, wiele miast może poszczycić się własnymi teatrami operowymi. Kuszący wydał się również pomysł dwudniowego wypadu do Stambułu. Chciałem przypomnieć sobie jego atmosferę oraz odwiedzić tamtejszą operę, miejsce, gdzie w młodości miałem zaszczyt występować na scenie. Pierwszym przystankiem na tej wyjątkowej trasie była Stara Zagora, miasto, w którym przeszłość łączy się z muzyką. Miasto, liczące około 140 tysięcy mieszkańców, znane z neolitycznych domostw sprzed 8000 lat i rzymskich ruin Augusta Trajana, tym razem przyciągnęło mnie muzyką. Opera w Starej Zagorze zainaugurowała jubileuszowy sezon 2024/25 spektaklem Bal maskowy Giuseppe Verdiego.
Reżyser Sławczo Nikołow nadał klasycznej historii współczesny charakter, koncentrując się na alienacji, braku komunikacji i dezinformacji – problemach, które zaskakująco mocno rezonują z naszymi czasami. Minimalistyczna scenografia autorstwa Cătălina Ionescu-Arbore, pełna kolorowych, wyrazistych elementów, nie tylko wzmacniała narrację, ale też podkreślała symbolikę maski jako narzędzia ukrywania emocji i prawdziwego „ja”.

Maski, których wyraziste kształty i detale zachwycały, stały się metaforą społecznych ról i iluzji, jakie tworzymy, by chronić się przed innymi i samymi sobą. Muzyczne kreacje artystów przenosiły widzów w świat pełen konfliktów moralnych i psychologicznych napięć. Adrian Dumitru, wcielając się w postać Riccarda, ukazuje jego wewnętrzne rozdarcie między obowiązkiem władcy a destrukcyjną siłą miłości. Joanna Żelezcheva w roli Amelii zachwycała głębią emocji i subtelnością.

Jej Amelia to postać targana sprzecznościami, której los zmusza do wyborów między miłością a lojalnością. Mateusz Michałowski, polski baryton w roli Renato, wykreował postać o niezwykłej intensywności, wciągając widzów w dramatyczną przemianę człowieka zranionego i zdradzonego. Jego Renato, choć gniewny, budzi współczucie, a jego historia pyta nas, ile z cierpienia jest wynikiem naszej projekcji i niezrozumienia. Adriana Stefanova jako Oskar dodała lekkości, uosobieniem niewinności i beztroski, która kontrastuje z mrokiem historii. Austriacki dyrygent David Schlager prowadził orkiestrę z mistrzowską elegancją, podkreślając dramatyzm partytury Verdiego, a jednocześnie pozwalając solistom na pełnię wyrazu.
Bal maskowy w reżyserii Nikołowa jest nie tylko spektaklem muzycznym, ale i głęboką refleksją nad kondycją współczesnego człowieka. Porusza uniwersalne pytania: czy potrafimy naprawdę widzieć siebie nawzajem, czy raczej zatracamy się w maskach, jakie nakładamy w relacjach i społeczeństwie? Spektakl przypomina, że opera, łącząc muzykę, słowo i obraz, potrafi być nie tylko źródłem estetycznych wzruszeń, ale i przestrzenią refleksji nad istotą człowieczeństwa.

Będąc w Starej Zagorze, warto również znaleźć chwilę, by odwiedzić rzymskie ruiny Augusta Trajana, które przypominają, jak bogata i złożona jest historia tego miasta – podobnie jak bogata i złożona jest ludzka natura, której odbicie można znaleźć w sztuce operowej. W Burgas, nadmorskim mieście otoczonym malowniczymi jeziorami, miałem okazję zanurzyć się w magiczny świat opery Cyganeria Giacomo Pucciniego.

To dzieło, pełne emocji i dramatycznych zwrotów akcji, opowiada o młodych artystach, którzy walczą o swoje miejsce w świecie, balansując między miłością a codziennymi trudnościami. Scenografia Radostina Chomakova subtelnie podkreślała tę delikatną równowagę między radością życia a nieuchronnością losu, nadając przedstawieniu dodatkowej głębi. Postać Mimi, zagrana przez sopranistkę Nonę Krastnikową, zachwyciła publiczność dzięki subtelnym gradacjom emocjonalnym, od wrażliwości po wewnętrzną siłę. Partnerował jej wenezuelski tenor Reynaldo Droz jako Rodolfo, którego występ pełen niuansów i pasji zapadł w pamięć na długo po zakończeniu spektaklu.
W roli Musetty Maria Tsvetkova-Madjarova wniosła urok i złożoność, zaś Marcello w interpretacji Mindaugasa Mishkinisa przyciągnął uwagę wyrazistą osobowością. Nie sposób pominąć orkiestry prowadzonej przez dyrygenta Ivana Kozhuharova, która z niezwykłą wrażliwością oddała zarówno subtelne momenty miłości, jak i dramatyczne akcenty tragicznego finału.

Przejmująca muzyka Pucciniego, połączona z reżyserią i scenografią, przenosiła widzów w świat, gdzie ulotność szczęścia i nieuchronność straty zmuszały do refleksji nad kruchością ludzkiego życia. Wieczór z Cyganerią pozostawił mnie z głębokim poczuciem, jak ważne jest docenianie każdej chwili i tworzenie autentycznych relacji. Zawsze, gdy mam możliwość wtopić się w to niesamowite dzieło, idę z jednej strony z radością, ciesząc się jego pięknem, a jednocześnie świadomy ogromnej dawki emocji, które przyniesie.

Cyganeria jest jak lustro, w którym odbijają się nasze najgłębsze tęsknoty, nadzieje i lęki, pozostawiając widza poruszonego i pełnego refleksji. To dzieło, które za każdym razem przypomina mi, jak niezwykłe jest życie, choć tak kruche i ulotne. Będąc w Bułgarii, odkryłem niezwykłą różnorodność i bogactwo tamtejszego świata operowego. Narodowa Opera i Balet w Sofii, stolicy liczącej 1,2 miliona mieszkańców, założona w 1908 roku, stanowi serce muzycznego życia kraju. Jej monumentalna siedziba, położona w sąsiedztwie Soboru św. Aleksandra Newskiego, przyciąga największe talenty i jest symbolem bułgarskiej tradycji operowej.
Jednak poza stolicą oraz opisanymi wcześniej scenami w Starej Zagorze i Burgas odkryłem również inne teatry, które mimo skromniejszych budżetów w porównaniu z europejskimi metropoliami, zachwycają pasją i autentycznością. Płowdiw, drugie co do wielkości miasto z populacją 350 tysięcy, olśniewa nie tylko Rzymskim Teatrem i historyczną starówką, ale także operą znaną z udanej współpracy z międzynarodowymi artystami.

Warna, największe miasto na wybrzeżu Morza Czarnego, kusi pięknymi plażami, Muzeum Archeologicznym i festiwalem „Varna Summer”. Z kolei Ruse, ze swoją secesyjną architekturą, urzeka atmosferą i przyciąga melomanów na coroczny festiwal „March Music Days”. Każdy z tych teatrów wnosi coś wyjątkowego do współczesnego rynku operowego. Podczas gdy renomowane sceny w Berlinie, Wiedniu czy Salzburgu imponują rozmachem, to właśnie w Starej Zagorze i Burgas dostrzegłem, jak ogromną siłą jest pomysłowość i zaangażowanie artystów.

Spektakle w tych miejscach opierały się nie na technicznych fajerwerkach czy bogatej scenografii, lecz na autentyczności i emocjach, które głęboko poruszały widzów. Ta podróż nauczyła mnie doceniać sztukę, która zaprasza do refleksji i głębokiego przeżycia, niezależnie od jej skali. Bułgaria, ze swoją bogatą historią, pięknem natury i niezwykłymi teatrami, zainspirowała mnie do zwolnienia tempa i spojrzenia na życie z większą uważnością. To była nie tylko regenerująca podróż, ale także wyjątkowa lekcja o harmonii tradycji i nowoczesności.
Mariusz Grudzień