Tradycyjnie już wiele teatrów operowych wystawia w okresie świątecznym lżejsze gatunkowo pozycje repertuaru, wpisując się w ten sposób w ogólnie panującą atmosferę. Okazji tej nie przegapiła również Opera w Nancy, która zaproponowała swojej publiczności niezwykle popularnego Kopciuszka (La Cenerentola) Gioacchino Rossiniego, zdefiniowanego przez kompozytora jako dramma giocoso.

Przygotowanie nowej realizacji powierzono belgijskiemu reżyserowi Fabrice’owi Murgii, znanemu ze swojej pasji do sztuki filmowej, która w większym czy mniejszym stopniu wpływa na kształt jego inscenizacji. Wystarczy chociażby przypomnieć pokazanego w Liège Turka we Włoszech Rossiniego czy Zaczarowany pałac Luigiego Rossiego, zaprezentowany w Dijon, a następnie właśnie w Nancy.
Także i w tym przypadku wywiedzione z bajki Charles’a Perraulta libretto Jacopo Ferrettiego zostało przez Murgię przepuszczone przez filtr filmowych odniesień, głęboko pobudzających jego wyobraźnię. I choć reżyser oszczędził nam politycznych skojarzeń i nawiązań do aktualnych wydarzeń na świecie, co stanowi teraz w wielu placówkach operowych dominującą tendencję, to nie uległ również pokusie nadania wizji dzieła Rossiniego feerycznego wymiaru utrzymanej w disneyowskiej konwencji baśni.
Stylistyka jego scenicznej propozycji czerpie raczej ze źródła filmowych realizacji, takich jak Rodzina Adamsów Barry’ego Sonnenfelda, Hotel Transylwania Genndy’ego Tartakovsky’go oraz filmów grozy czy z dorobku amerykańskiego reżysera i scenarzysty Tima Burtona.

To dlatego Fabrice Murgia ubiera tytułową bohaterkę w stylu gotyckim (kostiumy Clara Peluffo Valentini): czarne pończochy, równie czarne buty z wysokimi podeszwami i nabijany cekinami łańcuch, mroczny makijaż i zielone włosy. Angelina, czyli tytułowy Kopciuszek, w niczym nie przypomina tutaj skromnej dziewczyny, prześladowanej przez przyrodnie siostry i źle traktowanej przez ojczyma. Często wspina się do antresoli lub chowa w jakiejś usytuowanej pod wysokimi schodami kanciapie, w której oddaje się dość demonicznym zajęciom, polegającym na torturowaniu i preparowaniu lalek, prezentowanych później w stanie rozpadu w małych gablotkach. Co istotne, przy lada okazji Angelina demonstruje swoją niechęć do towarzystwa pozostałych domowników, z upodobaniem trzymając ich na dystans.
Tak więc reżyser tworzy obraz zbuntowanej i niejednokrotnie agresywnej nastolatki o mocnym charakterze, wyraźnie żywiącej głęboką nienawiść do patriarchalnych układów panujących w domu Don Magnifica. Ten ostatni jest przypominającym swoim wyglądem Donalda Trumpa prostakiem, właścicielem Hotelu Transylwania (o czym informuje wielki napis), z umieszczonym pośrodku i dobrze zaopatrzonym w trunki barem (scenografia Vincent Lemaire), wokół którego kręcą się podejrzani osobnicy. Dwie siostry Kopciuszka, czyli Klorynda i Tyzbe, prezentują się w lateksowych spodniach koloru czerwonego i z telefonami komórkowymi w rękach, służacymi im do nieustannego kontrolowania swojej urody.

Z kolei odziany również w stylu gotyckim książę Ramiro kojarzy się raczej za sprawą swojej aparycji (fryzura irokeza) i zachowania z fantastyczną i pochodzącą z jakiegoś horroru postacią. Towarzyszy mu zaś noszący banalny - co nieco w tym kontekście zaskakuje - strój Dandini. Wreszcie może także dziwić sposób budowania wizerunku Alidoro, czarodzieja i filozofa, który w owej inscenizacji kompletnie zatraca swój tajemniczy charakter. Murgia czyni bowiem zeń szefa grupy bliżej niezidentyfikowanych agentów, odzianych w ciemne garnitury oraz wyposażonych w czarne okulary i słuchawki służące do utrzymywania pomiędzy sobą kontaktu. W tak zaplanowanej koncepcji baśniowość ustępuje miejsca atmosferze melancholii, niepokoju i ekscentryczności. Żałować wszakże można, że w tej wizji, utrzymującej przecież wciągający rytm narracji, pojawiają się pomysły nietrafione, a czasem wręcz zbędne. Niczego na przykład nie wnoszą projekcje wideo, rzucane na zawieszony w głębi ekran w formie lustra. Głównie są to ujęcia łapane na żywo przez krążących po scenie kamerzystów (to obsesyjny chwyt wielu współczesnych reżyserów) i wyświetlane z minimalnym opóźnieniem czasowym. Wywołują one u widzów pewien dyskomfort, odczuwany najmocniej wówczas, kiedy gesty widocznego na ekranie dyrygenta są spóźnione w stosunku do muzyki. W odbiorze przeszkadzają też niektóre utrzymane w złym guście gagi. Wystarczy chociażby wspomnieć o krążącym po scenie z piłą elektryczną (hałas pracy jej silnika dobiega z głośników) w ręku Kopciuszku, jakby zmierzającym do okrutnego rozprawienia się z szykanującym go ojczymem. Irytujące jest też narzucone chórzystom i statystom groteskowe podrygiwanie i miotanie, nawet podczas muzycznych epizodów przepojonych liryzmem. W tej sytuacji najwięcej satysfakcji dostarczają celnie obsadzeni - w większości przypadków - soliści.
Prawdziwą rewelacją okazuje się występ brytyjskiej mezzosopranistki Beth Taylor, finalistki konkursu BBC Cardiff Singer of the World 2023 oraz laureatki nagrody Elizabeth Connel 2022. W roli Angeliny młoda artystka zachwyca nieprzeciętną osobowością sceniczną, dynamiczym śpiewem i wyrazistą artykulacją, a także szerokim wachlarzem możliwości interpretacyjnych.
Zakochanym w niej księciem Ramiro jest dysponujący rossiniowskim tenorem Dave Monaco, o perfekcyjnej emisji, swobodnej górze skali i cennej umiejętności plastycznego frazowania, świadczącej o doskonałym opanowaniu sztuki bel canta. W partii lokaja Dandiniego dzielnie mu sekunduje czarujący ładnie zabarwionym głosem włoski baryton Alessio Arduini.

Ponadto podziw wzbudzają bawiące naturalną vis comica sopranistka Héloïse Poulet i mezzosopranistka Alix Le Saux, wokalnie i aktorsko świetnie odnajdujące się w rolach złośliwych sióstr: Kloryndy i Tyzbe. Pewien niedosyt pozostawia natomiast występ pozostałych solistów, z wcielającym się w Don Magnifica, a rozczarowującym pozbawionym mocy i dźwięczności basem Gyula Nagym na czele. Mocy nie brakuje natomiast forsowanemu do przesady głosowi basa Sama Carla, który interpretując partię czarodzieja Alidoro grzeszy brakiem wokalnej elastyczności i przerysowaną grą sceniczną. Żadnych zastrzeń nie można natomiast formułować pod adresem belgijsko-amerykańskiego dyrygenta Giulio Cilony, stojącego na czele Orkiestry Opery Narodowej Lotaryngii. Z trzymaną w ryzach energią i lekkością prowadzi on spojną, potoczystą i giętką narrację muzyczną, wielobarwną i bezbłędnie wspierającą solistów.
Leszek Bernat