Przedstawienie Mahagonny. Ein Songspiel / Afterparty z Teatru Studio trzeba potraktować jako niespecjalnie udaną współczesną dwuczęściową operę. Na plus twórcom tego wydarzenia trzeba policzyć solidne przygotowanie muzyczne, gdzie występuje na scenie specjalnie skomponowana orkiestra przygotowana przez znakomitą dyrygentkę Liliannę Krych.
W kolejnych przedstawieniach muzykami i całą resztą dyryguje zgrabna asystentka Julia Kurzydlak. To jest solidny zespół The Mahagonny City Orchestra, z przewagą instrumentów dętych, z nadającymi rytm perkusją i fortepianem, ale także czasem z drażniącym ucho i wątrobę stukaniem elektronicznych basów – trudno, taki mamy klimat. Do tego, jak to w operze, dochodzą profesjonalnie wyszkoleni śpiewacy, oraz dobrze śpiewający aktorzy, czy to znani z musicali (ROMA, RAMPA), czy też z innych udanych produkcji.
Nie można powiedzieć, że również od strony wkładu muzycznego opera jest zrobiona nieprofesjonalnie, bo poza Kurtem Weillem daje tu propozycję swojej partytury Kasia Głowicka, która w 2001 ukończyła kompozycję pod kierunkiem Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. W 2000 odbyła roczny staż w Conservatoire National de Région de Strasbourg u Ivana Fedele. Następnie studiowała w Koninklijk Conservatorium w Hadze, w klasie kompozycji Louisa Andriessena.

W 2008 otrzymała tytuł doktora (PhD) w Sonic Arts Research przy Centre Queen’s University w Belfaście. Brała także udział w międzynarodowych kursach kompozytorskich w Krakowie, Wiedniu, Radziejowicach, Brukseli, Apeldoorn (Holandia), Darlington (Anglia) i Avignonie, prowadzonych przez różne współczesne sławy – z rodzimych wymienimy Hannę Kulenty, Zygmunta Krauzego i Bogusława Schaeffera.

Trudno o lepsze rekomendacje. To co przygotowała do drugiej części, czyli tzw. Afterparty do czegoś z lat 20. XX wieku, czyli Mahagonny, jest panoramą songów dosyć luźno przypiętych do naszych bolączek XXI wieku, gdzie są zarówno kwestie pekuniarne, migracyjne, tożsamościowe, rodzinne, ale także wydumane, tak jakby 100 lat temu, za czasów Brechta i Weilla, ich nie było. Tak czy inaczej reżyser tego dwudzielnego przedsięwzięcia Krystian Lada, także autor minimalistycznej scenografii tłumaczy, że zadowolony jest z wyboru kompozytorki do Afterparty, bo jego zdaniem „Kasia się inspiruje muzyką Weilla i jako jedna z nielicznych kompozytorek jest zainteresowana pisaniem melodii, które wpadają w ucho, tzn. chce, żeby ludzie wychodzący z jej spektakli mogli zanucić te piosenki”.
Faktem jest, że wciąż gra ta sama orkiestra i że w tej drugiej części, dłuższej od pierwszej, także pojawiają się różne melodie. Największy problem jest z librettem, bo songi nie tworzą jakiejś wyrazistej i wspólnej narracji, choć dają w sumie poczucie, że jest źle, a nawet beznadziejnie, co przekładając na prosty, chłopski język – jest nudno. Zresztą teksty libretta luźno rymowane (autor Bartosz „Fisz” Waglewski) nie są specjalnie wyraźnie podawane.
W innych operach rzuca się te słowa na tablicę świetlną, ale w Teatrze Studio, choć taką tablicą się spektakl posługuje, nie wprowadza on ani tekstów śpiewanych po angielsku, ani po polsku. Większości przekazu trzeba się domyślać. Co oznacza, że nie jest on tak bardzo ważny. Słowa, słowa, słowa, żeby zacytować Wyspiańskiego.
Trzeba jednak oddać co należy solistom. Dwóch panów ma szkolone operowe głosy i oni nie muszą korzystać z mikroportów gdy śpiewają. A więc Michał Dembiński, jako Jimmy / Biznesmen jest basem od prof. Włodzimierza Zalewskiego i udało mu się śpiewać nawet na deskach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Drugi to tenor Albert Memeti w roli Marzyciela, który studia wokalne ukończył z wyróżnieniem u prof. Wojciecha Maciejowskiego w Akademii Poznańskiej. Do nich dochodzi na trzeciego baryton Dominik Bobryk w roli skretyniałego polityka, absolwent Aktorstwa teatru muzycznego na Wydziale Aktorskim Akademii Teatralnej w Warszawie. Ma głos nieco mniej dźwięczny od wcześniej wymienionych kolegów.
I jest jeszcze czwarty wokalista, już bez studiów para-muzycznych, ale świetnie sobie radzący z głosem, czyli Tomasz Nosiński. Cała czwórka bardzo sprawnie i na głosy śpiewa w kwartecie i to bez udziału pań, których jest tylko trzy. Na czoło wybija się gwiazda tej sceny – Ewa Błaszczyk jako Bessie / Rozwódka.

Ona potrafi śpiewać i pieśniarsko i musicalowo, a nawet próbuje sopranowych gór, co już nie brzmi profesjonalnie, ale i tak się podoba. „Primadonnie" sekundują jeszcze dwie panie – Marta Zięba jako Imigrantka oraz Natalia Rybicka jako Influencerka.

Kilka słów trzeba jeszcze poświęcić reżyserii i rekwizytom. Polityk wymachuje flagą, Influencerka ma wielkie papierowe torby z gadżetami, Rozwódka ma futro. Marzyciel symuluje rozpalenie ogniska, ale najważniejszymi sprzętami na scenie jest siedem kulfoniastych profesjonalnych bieżni treningowych, bezsilnikowych, wypożyczonych z jakiegoś klubu fitnes. Wykonawcy nieustannie się na nich rozkraczają i kroczą aż do zasapania, co słychać w mikroportach. Tyle bezużytecznej energii produkują i nie ma ani jednego akumulatora do naładowania.
Joanna Tumiłowicz
P.S. Bieżnie, to doskonały sprzęt do rozwijania wytrzymałości, poprawy kondycji fizycznej, spalania tłuszczu oraz wzmacniania mięśni nóg.