Dla brawurowo rozegranej sceny wizyty Papkina u Rejenta Milczka po przerwie warto dotrwać na przedstawieniu Zemsty w reżyserii Michała Zadary (występ warszawskiego Teatru Komedia w ramach festiwalu „Boska komedia“). Dla odtwórców wspomnianych ról: Macieja Stuhra i Bartosza Porczyka, mimo że dotychczasowy przebieg spektaklu bynajmniej tego nie zapowiadał. Albowiem połączone pierwsze trzy akty nie wyróżniają się niczym szczególnym. No, może poza tym, iż aktorzy występują bez mikroportów, co dziś należy do rzadkości.
Stąd do przerwy wydaje się, że nadużywają głosów, zwłaszcza w przypadku Arkadiusza Brykalskiego w roli Cześnika Raptusiewicza i właśnie Macieja Stuhra jako Papkina. Również posługiwanie się wierszem nie należy do ich najmocniejszych stron, wskutek czego kwestie nie zawsze są w pełni zrozumiałe. Publiczność dla zabicia czasu reaguje na niektóre z nich śmiechem, chyba bardziej jednak ze względu na Fredrę.
Akcję przeniesiono do klubu „le Vieux chateâu“ (dek. Robert Rubas), w którym Perełka za dnia jest barmanem, a wieczorem selekcjonerem. Dyndalski natomiast przeobraził się w ochroniarza i człowieka do ciemnych poruczeń na usługach właściciela lokalu Raptusiewicza. A zatem wszyscy występują we współczesnych strojach (kost. Pola Gomułka). Maciej Stuhr do czasu wydaje się wierną kopią swego Ojca: mimika z układem warg, w tym ich wydymaniem, oraz charakterystyczną intonacją (aktor podobno był bardzo przejęty, iż po raz pierwszy staje na deskach, gdzie sukcesy święcił Jerzy).
Wszakże najlepsza nawet kopia nigdy nie dorówna i nie zastąpi oryginału. Po przerwie akcja częściowo przenosi się na widownię. Na początku przywołanej sceny Stuhr pojawia się z tyłu niej i wciela w kibica z kijem bejsbolowym, który dodaje sobie animuszu podniesionym głosem, ale stopniowo spuszcza z tonu, gdy orientuje, na co się naraża (między innymi skrywa się między rzędami).

I wtedy przechodzi do bardziej subtelnych środków. Nie tylko bawi, ale budzi współczucie i wzrusza. Może dlatego, że staje się wreszcie sobą. Porczyk jako Rejent stanowi poniekąd jego negatyw, dzięki czemu wywiera znaczne wrażenie.
Skądinąd wydaje się młodszym od swego scenicznego syna Wacława (Filip Lipiecki). W przypadku tego ostatniego zabrakło mu młodzieńczego wdzięku, a i zwinności, skoro zdecydowano się poprowadzić tę postać na podobieństwo figury z commedii dell'arte, a więc wykonującej zadania z pogranicza akrobatyki.Wspomniana scena życzliwie usposabia do całego przedsięwzięcia i w takim nastroju już się pozostaje do końca. Na finałowe wezwanie do zgody następuje taneczna zabawa (chor. i ruch sceniczny: Ewelina Adamczyk-Porczyk), częsta w tradycji polskiego teatru (Wyspiański, Konwicki), w związku z czym znajduje w pełni uzasadnienie pomysł przeniesienia akcji do nocnego lokalu.
Lesław Czapliński