Powiedzenie Giordana Bruno: „Se non è vero, è ben trovato”, czyli po naszemu: „Jeżeli to nieprawdziwe, to przynajmniej dobrze wymyślone” – wydaje się pasować do nowego wystawienia opery Giacomo Pucciniego Cyganeria. Dzięki polskiemu reżyserowi Marcinowi Łakomickiemu, który u nas debiutuje, ale za granicą nieźle już się zaprezentował, w tej historii nic nie dzieje się naprawdę.

Biedna dziewczyna, która przychodzi zapalić świeczkę, ale bez świeczki, gubi klucz, ale klucza nie ma, za chwilę nakłada piękną suknię balową, zaś ubogi poeta występuje w smokingu. Jednak wszystkie następujące po sobie obrazy tworzą trochę nierzeczywisty świat zdarzeń rozgrywający się głównie w emocjach muzyki i siedzących na widowni słuchaczy. Tak jak w pięknej scenie na dachu skromnego domostwa w aureoli spadających gwiazd Rudolf i Mimi odczuwają niespodziane uderzenie miłości.
I my w to wierzymy. Reżyser wraz z autorką dekoracji Eleną Zamparutti i kostiumolożką Cristiną Aceti, stworzyli rzeczywistość fikcyjną, artystycznie przetworzoną, trochę op-artowską, trochę kiczowatą w swej „błyskotkowości”, ale w gruncie rzeczy efektowną i żywą na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi. Twórcy pominęli etykietę – opera werystyczna – i zagłębili się w kolażach barw sukien chórzystek, czy żółtych kostiumach dzieci, w zdemolowanych fragmentach artystycznej mansardy i labiryntach restauracji Momus. Ergo – oddali pierwszeństwo muzyce, do której z pewną ręką przyłożył się Rafał Janiak. Jemu trzeba zawdzięczać dobrą słyszalność solistów. Tylko na wysokich i głośnych fermatach tenora i sopranu pozwolił orkiestrze na grę forte, ale we wszystkich innych częściach bardzo melodyjnej partytury trzymał na wodzy blachę i smyczki.
Nawet gdy soliści śpiewali piano i jeszcze ich głos przebijał się przez spuszczoną z sufitu siateczkę, było ich dobrze słychać. To wśród ostatnio oglądanych dyrygentów rzadkość. A soliści, jak to śpiewacy, raz lepsi, raz słabsi, spełnili pokładane nadzieje. Zwłaszcza czołowa para Iwona Socha i Andrzej Lampert pozwolili swym ładnie brzmiącym głosom płynąć swobodnie, tworzyć niezapomniane kreacje wokalne, wciąż wzmagających ciśnienie krwi muzycznych emocji. Czasem w szczególnie wymagającej frazie coś jakby lekko wokalnie siadało.
Był również całkiem zgrabny muzycznie słynny Walc Musetty, choć Milenie Arsovskiej z pierwszej obsady, uroczej sopranistce pochodzącej z Bałkanów, przydałoby się więcej kultury wokalnej w kształtowaniu emisji i barwy głosu. Partner Musetty, Arkadiusz Anyszka jako Marcello, jedyny z tej czwórki nie będący „śpiewakiem gościnnym”, w bardzo dobry sposób wykonał wszystkie zadania wokalne, jak też aktorskie. Dzielnie mu sekundowali jego pozostali koledzy z Teatru Wielkiego – Benoit i Alcindoro.

Głównymi zadaniami artystów z owej Cyganerii, były sztubackie zabawy, małpiarskie popisy, próby rozpalenia nawet książkami (FE – to upadek) w kominku i przygotowania posiłku. Wygłupy jednak kończą się w czwartym akcie. Czwórka mieszkańców mansardy odchodzi na stronę, ale nie znika w czeluściach sceny, gdy na pierwszym planie stoi łóżko z umierającą. Dyskrecja towarzystwa znanego raczej z luźnych obyczajów budzi szacunek i dodaje ciężaru etycznego końcowym scenom. Jest też świadectwem, iż robiący karierę na Zachodzie nie dał się w całości pochłonąć bezguściu i ambiwalencji uczuciowej.
Joanna Tumiłowicz