Słuchając Witolda Gombrowicza nie należy jego symboli traktować zbyt dosłownie. Bawi się on formą i treściami, przekręca i wykręca słowa, które mają znaczenie emocjonalne, drażni się z naszą wyobraźnią i nawet próbuje żartować z gwarowo, jakoby nadbużańsko, wypowiadanych myśli. A więc palec to u niego palic, dotknąć wymawia jak dutknąć, świnia, może oznaczać ześwinienie, świństwo, świntuszenie, świnienie, ale też po prostu świninę czyli wieprzowinę. A magiczne słowo ślub?

Tutaj otwiera się przepastna jama rozmaitych skojarzeń, czy to religijnych, czy erotycznych. Ważne kto ślubu udziela i czy robi to właściwie, jakie idą za tym zagrożenia, czyli ktoś bierze ślub z nieodpowiednią osobą. Ślub jako uroczystość, obrzęd, wesele, ale także jako przemoc.
Który z tych kontekstów sobie wybierzemy, takie będzie rozumienie dramatu Gombrowicza. Sprawę nieco jeszcze komplikuje wykorzystanie przesłania Ślubu jako libretta operowego. Krzysztof Cicheński, 38-latek jako twórca interdyscyplinarny, projektujący zdarzenia z pogranicza działań przestrzennych, sound artu i performansu, stworzył na potrzeby opery dekorację jako instalację, która w swojej warstwie pierwotnej przedstawia ścianę częściowo zburzonego kościoła, z elementami filarów i sklepienia. Ale ta przestrzeń wypełniana jest rozmaitymi treściami. Na początku pojawia się szpital frontowy, potem jakaś karczma, dalej dom rodzinny, pałac królewski, więzienie. Korzystając z technik wideo Krzysztof Cicheński jako reżyser i librecista oraz współscenograf sugeruje nam, że wszystkie te wymienione tropy są fragmentami sennych majaczeń rannego żołnierza.
Nie muszą więc nieść konkretnego przesłania i tylko częściowo odnoszą się do hipotetycznego ślubu, bo skoro żołnierz zostawił we wsi narzeczoną, to mógł o takiej ewentualności myśleć. Męczące sny jednak nie podsuwają optymistycznych rozwiązań, nie prowadzą do happy endu w typie – żyli długo i szczęśliwie.

Opera Zygmunta Krauzego dzięki oryginalnej muzyce, która towarzyszy akcji pełnej absurdalnych epizodów, nie robi jednak wrażenia mrocznej tragedii, raczej jest to pełen kontrastów kalejdoskop dziwnych doznań i nastrojów. Pierwsze co daje się zauważyć, to nienaturalna dla języka polskiego prozodia wyśpiewywanych słów, które w tej dosyć szarpanej narracji głównych bohaterów zwykle mają akcent na ostatniej sylabie.

Muzyka z początku dosyć nerwowa i pełna powtórzeń, w scenach na królewskim dworze znacząco się upraszcza i zmienia charakter na melodyjnie taneczny, stanowi jakby kolejną wersję dziecięcej piosenki Stary niedźwiedź mocno śpi. Zdaniem samego kompozytora – „Taka jest natura opery, w warstwie tekstowej wymaga ona prostoty, resztę ma dopowiedzieć muzyka”. Reżyser zdający sobie sprawę z pewnego bezruchu niektórych scen, np. gdy były żołnierz Henryk umieszcza całą rodzinę i znajomych w więzieniu, dla zdynamizowania obrazu każe stworzyć jakby „drugi plan akcji”, gdzie statyści przerzucają ciężkie worki z jednego krańca w drugi. W scenie w karczmie takim działaniem uzupełniającym jest ustawianie poprzewracanych krzeseł.
Reżyser zmaga się więc ze statycznością operowej materii. Mniej zdolni twórcy teatru ratują się jeszcze innymi chwytami, wprowadzają na scenę dziecko, czworonoga albo posiłkują się golizną. Na tym tle reżyseria „siostrzanej” opery Hi§tory, też według Gombrowicza, okazała się bardziej wyrafinowana, bo twórcy, choć mieli do tego prawo, nie rozebrali do naga Albertynki.

Wracając do najważniejszej dla tego dzieła warstwy muzycznej i wokalnej trzeba zwrócić uwagę na bardzo dobrze grającą orkiestrę i niewielki, ale czysto brzmiący chór – wszyscy kierujący się ruchami dyrygentki Katarzyny Tomali-Jedynak. Potrafiła ona zarówno opanować dosyć gęste tutti, jak też wychwycić rozmaite smaczki, czy to akordeonu (może fisharmonii), fortepianu i umiejętnie dozowanej, pełnej diminuend i accelerandów perkusji.

Na pierwszy plan wybijał się mocny baryton Michała Partyki poparty dużym talentem scenicznym wymaganym w partii Henryka. Dobry bas Łukasza Koniecznego także doskonale funkcjonował w skomplikowanej roli Ojca i Króla. Wyrazista Matka Moniki Mych-Nowickiej trochę kolidowała ze sztucznie rozwibrowanym sopranem narzeczonej Mani – Goshy Kowalińskiej. Klasą sam dla siebie był Jakub Monowid, grający „czarnych charakter", używając swego męskiego sopranu. Zgrzytem natomiast były słowa wypowiadane przez Pijaka-Monowida normalnym męskim głosem, a nie dyszkantem. Tu zabrakło wyobraźni reżyserowi.
O drugoplanowych muzycznie rolach Władzia, Kanclerza i Kardynała też można mówić z uznaniem. Jeśli przyszło by porównywać dwie prapremiery operowe oparte na tekstach Witolda Gombrowicza, to obie prezentowały bardzo wysoki poziom artystyczny, z tym zastrzeżeniem, że muzycznie Krauze wysunął się na prowadzenie, zaś teatralnie dzieło Macieja Wojtyszki i Jakuba Krofty brało odwet za przewagi Ślubu.

Dobrze się też stało, że opera Zygmunta Krauzego znalazła szansę swej promocji zarówno dzięki stronie TVP Poznań, a także platformie Opera Vision. Ważnym przywilejem było też jednorazowe zaprezentowanie utworu w pełnej inscenizacji Teatru Wielkiego z Poznania, co nie było takie łatwe, na największej scenie Europy należącej do Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. To trzeba potraktować jako istotne wyróżnienie i duży honor.

Także nastrojowa wystawa prac malarskich profesora warszawskiej ASP Stanisława Baja zorganizowana w salach wystawowych Galerii Opera posiada słowny dopisek artysty, który podkreślił to dowartościowanie, bo postanowił odnotować ów fakt obok swoich prac portretowych. Seria malowanych z rozmachem wizerunków wiejskich sąsiadów z rodzinnych Dołhobrodów została skomentowana w zabawny sposób – owi gospodarze, którzy może nigdy nie byli w teatrze, a nawet pewnie zbyt daleko nie oddalali się od swojego nadbużańskiego siedliska trafili do sal Opery Narodowej w Warszawie, zaś Wy, zwiedzający tę wystawę, takiej dystynkcji nie doczekaliście. Opłaciło się poznańskim artystom zahaczyć o stolicę.
Joanna Tumiłowicz