Do westernów przylgnęło miano „końskiej opery“. Ze względu na sceniczne uwarunkowania o Dziewczynie z Zachodu, westernowej operze Giacomo Pucciniego (zresztą w drugim akcie jej inscenizacji w łódzkim Teatrze Wielkim pojawiają się w tle projekcje z jakiegoś filmu tego gatunku i to z jeźdźcami na koniach), raczej mówić można jako o męskiej, albowiem poza tytułową bohaterką i jej indiańską służącą Wowkle nie ma w obsadzie więcej kobiet.

Zgodnie z paradoksem Wilde'a, że to nie sztuka naśladuje życie, lecz życie sztukę, pogoda poniekąd dostosowała się do tej panującej w osadzie poszukiwaczy złota w górach Kalifornii. I zima zawitała niczym w drugim akcie, w którym w tle prószy śnieg imitowany za pomocą efektów świetlnych. Czyżby w tym przypadku Puccini ponownie popełnił błąd, nie znając miejscowych realiów?
Jak w Cyganerii złagodził paryski klimat w okresie Bożego Narodzenia, każąc świętować wigilię na zewnątrz, tak tu uczynił go prawdopodobnie sroższym niż w rzeczywistości? Najwyraźniej pozostawał bardziej wrażliwy na kraje Wschodu i ich tradycję artystyczną, o czym świadczą zarówno wcześniejsza, japońska Madama Butterfly, jak i późniejsza, chińska Turandot.
Brutalny świat amerykańskiego Dzikiego Zachodu chyba niezbyt przemawiał do jego wyobraźni, mimo że autorem dramatycznych pierwowzorów wspomnianej Madama Butterfly i Dziewczyny z Zachodu był ten sam David Belasco. W tym przypadku szczerą inwencję w znacznej mierze zastąpiły rutyna i solidne rzemiosło kompozytorskie. Przeważa styl konwersacyjny, na dodatek pośród mnogości postaci, w znacznej mierze epizodycznych.

W pierwszym akcie wyrazem tęsknoty poszukiwaczy złota za pozostawionymi rodzinami i stronami jest chór alla bocca chiusa (z zamkniętymi ustami), wykorzystany wcześniej w drugim akcie Madama Butterfly jako towarzyszący czuwaniu Cio-cio-san i Suzuki, oczekujących na przybycie Pinkertona. Najlepiej kompozytor odnalazł się jedynie w dramatycznych sytuacjach jak gra w pokera pomiędzy Minnie i szeryfem Rancem, w której stawką jest życie jej ukochanego Dicka w finale drugiego aktu, przypominająca podobną konfrontację pomiędzy Toską i Scarpią (skądinąd występują te same rodzaje głosów). A w następnym jest to scena poprzedzająca egzekucję Dicka przez powieszenie. Znów dopatrzyć się można powinowactw z dramaturgię Toski, tyle że w jej przypadku Cavaradossi zostaje ostatecznie naprawdę rozstrzelany.
Dla przywołania związanej z tym grozy pojawiają się niespokojne rytmy ostinatowe. Nie do końca jednak rzecz zostaje skutecznie rozegrana, skoro Dick musi długo stać z pętlą na szyi, a jednocześnie toczą się długotrwałe negocjacje Minnie z poszukiwaczami o jego ocalenie, co w znacznej stopniu rozładowuje uzyskane wcześniej napięcie. Nie potrafiła sobie z tym poradzić i znaleźć odpowiedniego rozwiązania, by zaradzić statyczności, także autorka łódzkiej inscenizacji Karolina Sofulak.

Poza tym bohaterka wielokrotnie sięga po broń, ale w końcu nigdy nie czyni z niej żadnego użytku, co sprawia, iż są to jedynie puste gesty. Prawdopodobnie nie pozwalały na to reguły ówczesnego melodramatu, by kobieta mogła stawiać skuteczny opór mężczyznom i dopuszczać się gwałtownych czynów. Z drugiej strony ci awanturnicy z czasów gorączki złota okazują się dość płaczliwi i infantylni, wyzbyci szorstkości i silniejszych żądz, nieodłącznych przecież od trudnych warunków życia.

Na prapremierze w nowojorskiej Metropolitan Opera w troje protagonistów wcielili się: Emmy Destinn, Enrico Caruso i Pasquale Amato, a w pomniejszej roli Ashbyego wystąpił Adam Didur, całość poprowadził zaś Arturo Toscanini. Do Polski Dziewczyna z Zachodu (wtedy tytuł występował bez przyimka) dotarła w zaledwie dziesięć miesięcy później (Teatr Wielki w Warszawie 5 października 1911 roku pod dyrekcją Pietra Cimino i w reżyserii Mikołaja Lewickiego, z Hanną Skwarecką, Ignacym Dygasem i Sergiuszem Metaxianem w głównych partiach). W Łodzi natomiast jest to już druga jej inscenizacja (poprzednia 24 kwietnia 1971). Sceniczne realia zasadniczo nawiązują do czasów akcji.
Dotyczy to głównie kostiumów (Zuzanna Markiewicz) oraz pierwszoplanowych dekoracji (Kamil Lenda) przedstawiających saloon Pod Polką oraz górską chatę Minnie. Tła zaś dostarcza las różnej wielkości walców stanowiących metonimiczne wyobrażenie gór. W finale platforma ze stojącymi pomiędzy nimi Minnie i Dickiem powoli odsuwa się w głąb sceny, na co pozwala jej wielkość oraz techniczne urządzenia, symbolizując ich wyobcowanie z otoczenia, będące ceną wzajemnej miłości, która będzie musiała im wystarczyć.
Z uwagi na specyfikę fabuły postawiono na zespołowość, szczególnie w pierwszym, poniekąd ekspozycyjnym akcie, kiedy kalejdoskopowo kolejne postacie, niejako przedstawiając się, na krótko wysuwają się na pierwszy plan. Anna Wierzbicka, odtwórczyni Minnie, tytułowej Dziewczyny z Zachodu, to sopran zdecydowanie liryczny, tak że wyższe tony brzmiały nieco forsownie, a zatem artystka najkorzystniej zaprezentowała się w ustępach melodramatycznej natury jak duet miłosny z drugiego aktu.
Z kolei par exellence bohaterskim jest tenor Dominika Sutowicza, potrafiący wszakże, kiedy wymaga tego sytuacja, dla potrzeb ekspresyjnych odwołać się do subtelniejszego środka jakim jest śpiew mezza voce. Łukasz Motkowicz jako szeryf Rance sprostał dramatycznemu rejestrowi we wspomnianej rozstrzygającej partii pokera z Minnie. Interesujący epizod jako Wallace stworzył Arkadiusz Anyszka w krótkim nastrojowym arioso Che faranno i vecchi miei. Szlachetnie zabrzmiało też na początku drugiego aktu duettino indiańskiej pary w ujęciu Agnieszki Makówki i Bartosza Szulca. Całość solistów, tym razem chóru ograniczonego do męskich głosów i orkiestrę spięła batuta Wojciecha Rodka.
Lesław Czapliński