Na co zwrócono uwagę w Operze Śląskiej, dodając na afiszu obok Verdiowskiego tytułu Luiza Miller również należący do literackiego pierwowzoru, a mianowicie Intrygę i miłość, mimo że tragedię Schillera dawno się już w Polsce nie grywa. Twórczość operową Giuseppe Verdiego uskrzydlała wielka literatura dramatyczna. Szczególnie trzech autorów wywarło na nią przemożny wpływ.

Współczesny jej Victor Hugo (Ernani i Rigoletto), przez długi czas niechętny operowym adaptacjom swych dzieł. Przez całe życie włoski kompozytor pozostawał pod niesłabnącym uwielbieniem dla Williama Shakespeare'a, znanego już na kontynencie nie z przeróbek, lecz przekładów z oryginału (Makbet, Otello, Falstaff i niedoszły do skutku Król Lir). Pod względem ilości wszakże najwięcej oper napisał do librett opartych na tragediach Friedricha Schillera (Joanna d'Arc, Zbójcy i Don Carlos). To także Luiza Miller, jako się rzekło według Intrygi i miłości, która po 175 latach doczekała się wreszcie polskiej premiery na scenie Opery Śląskiej w Bytomiu.
Pod względem plastycznym mówić można o graficznej oprawie scenograficznej (Lionel Lesire), a więc płaskich dekoracjach z zarysowanymi zaledwie konturami ruchomych ścian i takimi, monochromatycznymi kurtynkami oddzielającymi poszczególne sekwencje wydarzeń. Dominującym rekwizytem jest natomiast przytłaczający i też schematyczny, bo szkieletowy, zegar, symbolizujący tragiczne przeznaczenie jakie zawisło nad parą kochanków i nieubłagany upływ czasu, który im jeszcze pozostał.

Wyjmowane zeń wskazówki służą zarazem jako biała broń w przełomowych momentach akcji. Verdi, jak mało kto, posiadał wyczucie sceny. Ku zgrozie librecistów wykreślał ich wersy, by skondensować akcję. Początkowo, jak się to jeszcze dzieje w Luizie Miller, utrudniała to numerowa budowa (arie złożone z lirycznych kawatyn i popisowych cabalett, zespołowe concertata), wraz z rozluźnieniem jej gorsetu, stawała się ona bardziej zwarta i jednolita (Rigoletto).
Jedynie może sceny śmierci, kiedy kazał długo śpiewać i to często forsowne ustępy śmiertelnie rannym bohaterom lub konającym po zażyciu trucizny, wymykają się tej zasadzie. Daje się to także odczuć w omawianej operze. Luiza Miller należy do nielicznych dzieł scenicznych Verdiego zaopatrzonych w uwertury (Nabuchodonozor, Moc przeznaczenia, Nieszpory sycylijskie), przy czym ta właśnie uważana jest za jego znaczne osiągnięcie na gruncie symfoniki. Do tej pory wydawało mi się, że Sang-Jun Lee dysponuje raczej tenorem lirycznym, a więc najlepiej odnajdującym się w repertuarze francuskim (Nadir w Poławiaczach pereł) czy rosyjskim (Leński w Eugeniuszu Onieginie).
Okazało się jednak, iż jego głos okrzepł i w pełni sprostał partii Rudolfa o bardziej dramatycznym zacięciu. Kawatyna Quando le sere, al placido odznaczała się głębią wyrazu, a jednocześnie muzykalnością dzięki zastosowaniu śpiewu mezza voce. Koreański artysta był jedynym śpiewakiem tego wieczora, który sięgnął do tej techniki wokalnej. W wirtuozowskiej cabaletcie L'ara, o l'avello apprestami pewnie zabrzmiały wysokie tony, a także wytrzymane fermaty.
Znacznej satysfakcji dostarczył występ Stanislava Kuflyuka w partii ojca tytułowej bohaterki, starego wiarusa odznaczającego się poczuciem honoru, czemu daje wyraz w kawatynie Sacra la scelta è d'un consorte. To typowy baryton verdiano, inaczej robusto, a więc o gęstym głosie nasyconym alikwotami. Z kolei przewrotny charakter Wurma, uosobienie Szylerowskiej Intrygi, uwiarygodnił wokalnie Zbigniew Wunsch, dysponujący głosem o szerokim wolumenie i mrocznej barwie.
Cała trójka posiadała ponadto znajomość belcantowej stylistyki, a Luiza Miller jeszcze do niej w pełni przynależy. A więc umiejętność odpowiedniego, płynnego kształtowania frazy w oparciu o wyrównaną technikę oddechową. Nie do końca odnalazł się w tym Aleksander Teliga jako Hrabia Walter, ojciec Rudolfa, dysponujący wszakże typowo wschodnim, głęboko osadzonym i dźwięcznie rezonującym basem o wyrównanej emisji, choć chciałoby się słyszeć w jego śpiewie więcej legata. W przypadku Anny Wiśniewskiej-Schoppy, odtwórczyni tytułowej roli, w otwierającej romanzy Lo vidi, e 'l primo palpito nie dostawało mi lekkości i krągłości koloratur, które wydawały się nieco wysilone.
Dobre wrażenie pozostawiła Anna Borucka jako Fryderyka, arystokratyczna rywalka Luizy, a także Marta Huptas w niewielkiej roli Laury. Marco Guidarini zza pulpitu dyrygenckiego nie tylko zadbał o rolę orkiestry w scalaniu akcji, ale wydobywał detale zazwyczaj umykające uwadze, a mianowicie szorstkie brzmienie smyczków wprowadzające do duetu Rudolfa i Fryderyki, zapowiadając rodzący się konflikt pomiędzy nimi, czy wysunięcie na pierwszy plan klarnetu w scenie pisania przez Luizę listu pod dyktando Wurma, nasuwające skojarzenia z podobną sytuacją w Traviacie.
Moje pewne zastrzeżenie budzi natomiast łączenie aktów czy wprowadzenie przerwy w połowie jednego z nich, co stało się od jakiegoś czasu powszechną praktyką. O ile jest to do przyjęcia z punktu widzenia inscenizacyjnego (Frédéric Roels), to istotnie narusza zamysł kompozytora w zakresie dramaturgii, którą wyznaczają kulminacje, pokrywające się zazwyczaj z finałami aktów. Nie zapominajmy o specyfice opery, która jest przede wszystkim dramatem muzycznym.

Przerwanie toku narracji w momencie pozbawionym większej siły wyrazu sprawia, że widz-słuchacz wychodzi na antrakt bez potrzeby rozładowania emocjonalnego napięcia. Akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonym czasie historycznym, albowiem kostiumy pochodzą z różnych epok. Współczesny garnitur Hrabiego Waltera oraz przyodzienie Millera sąsiaduje z osadzonymi w przeszłości strojami Rudolfa i Luizy. Z kolei na ekspresjonistyczny rodowód postaci Wurma wskazuje pokrycie jego twarzy białą szminką i z na czarno zaznaczonymi konturami oczu, co nadaje jej odrealniony i nieco widmowy charakter. Dzięki Operze Śląskiej być może to w świecie dość popularne dzieło Verdiego na trwałe zagości również w repertuarze polskich teatrów muzycznych?
Lesław Czapliński