Dwuosobowy spektakl Miłość napisał Beniamin Maria Bukowski, urodzony w Poznaniu trzydziestokilkuletni dramatopisarz, absolwent filozofii i reżyserii teatralnej w Krakowie, a w ostatnich latach związany z Teatrem Starym. Dziwnym trafem nie zetknąłem się dotychczas z talentem tego twórcy, ale jakość jego dramaturgicznej roboty gwarantuje, że wszystko jeszcze przede mną.
Premiera tego spektaklu odbyła się w maju 2019 roku w Teatrze Słowackiego z okazji 60-lecia pracy artystycznej Anny Polony, której na scenie towarzyszył równie wybitny aktor Jan Peszek, a spektakl wyreżyserował jego syn Błażej.
Dopiero teraz przeniesiono to wybitne przedstawienie do Teatru Telewizji, pokazano 25 listopada w TVP I, a kto nie widział, może obejrzeć za darmo w serwisie TVP VOD. Powinno się to obejrzeć koniecznie, ponieważ – nie ujmując nic Peszkowi – to Anna Polony stała się pomnikową postacią tego przedsięwzięcia, bo najpierw chciał tak autor sztuki, a potem ta wielka artystka uznała za okazję do zaprezentowania całego kunsztu swego warsztatu aktorskiego, który zapewne jeszcze dojrzał od prapremiery przed ponad pięciu laty. Jeśli jeszcze jakiekolwiek dojrzewanie jest możliwe u Mistrzyni, która nie ukrywa, że urodziła się w roku 1939.
Czy Beniamin M. Bukowski pisał swój dramat z myślą o tych właśnie wykonawcach, tego nie wiem. Nic tu nie wyjaśnia tego prowadzona przez Grażynę Torbicką rozmowa z autorem i aktorami po zakończeniu transmisji. Nadano w niej fascynującą wypowiedź nieobecnej w studio Anny Polony (mam nadzieję, że czuje się dobrze!), super interesujące refleksje Jana Peszka i przystojną sylwetkę tylko siedzącego i prawie nic nie mówiącego Beniamina Bukowskiego.
O czym jest to przedstawienie? Nie relacjonując jego przebiegu powiem, że samotna, od dziecka nie widząca kobieta, przypadkowo spotyka w parku emeryta – kloszarda, któremu na starość po utracie wszystkiego pozostała jego największa pasja życia – fotografia, na która wreszcie ma nieograniczoną ilość czasu i fotografuje co popadnie, a zwłaszcza ptaszki karmione przez napotkaną niewidomą.
Rozmawiają; Ona – nie mogąc widzieć jak wygląda, On – coraz bardziej przekonany że jest piękna. Wkrótce spotykają się u niej w domu na kolacji. Ona – coraz bardziej odczuwa pragnienie obcowania z przyjacielem, On – zaczyna tęsknić za potrzebą schronienia. Próbują spełniać te proste pragnienia. Ale wkrótce dostrzegają, że zakochali się w sobie, że to po prostu jest miłość, w tym wieku…
Wsłuchując się w doskonale skreślone dialogi i monologi oraz zawartą w nich treść, obserwując ich mistrzowską interpretację sceniczną zaczynamy wierzyć, że wzajemne uczucia nie są przymiotem tylko młodości, a co najwyżej wieku dojrzałego. Można kochać i być kochanym na każdym etapie życia, byle zrodzone uczucie było prawdziwe, trwałe, bezwarunkowe, a najlepiej dozgonne.
O tym właśnie jest dramat Beniamina M. Bukowskiego Miłość, który zapewne w przyszłości będzie kusił do interpretowania następców Anny Polony i Jana Peszka. Ale gdybym był aktorem, nie ryzykowałbym zmierzenia się z wielkością tych dwojga teatralnych osobowości. Może za lat 20 zaryzykuje to Krystyna Janda (charakteryzując się na starą), może Danuta Stenka, a może Emilia Krakowska (korygując swe amantowskie emploi) ? Jeśli chodzi o mężczyzn, to nie radziłbym przymierzać się do tego, co wykreował Jan Peszek. Chociaż … mamy niestety coraz więcej amantów w coraz bardziej podeszłym wieku.
Tymczasem nikt nie może równać się z Anną Polony, o którą niechże nieustannie dba jej ukochany Kraków i odwdzięcza się za tyluletnią wierność, pasmo wielkich kreacji teatralnych i uwieńczoną wieloma sukcesami działalność pedagogiczną.
A Warszawa powinna zaadoptować Miłość do „Och Teatru” lub „Polonii” i zaprosić ten mistrzowski duet na gościnne występy. Jak znam teatralne życie, to obydwie gwiazdy krakowskie zachęcone przez coraz bardziej operatywnych teatralnych impresariów zdecydują się na prezentację tego niezwykłego spektaklu w wielu miastach Polski. Oczami duszy widzę tłumy Poznaniaków, oblegające kasy biletowe, aby to zobaczyć. A potem Wrocław, Łódź, Bydgoszcz, Gdańsk, Białystok… i mógłbym już tak wymieniać i wymieniać…
Teraz już kończę, aby kolejny raz włączyć komputer z nagraniem tej fascynującej produkcji, odwrotności szekspirowskiej Romea i Julii i dowodu na wstrząsające uczucia nawet, gdy się przeżyło już wszystko.
Sławomir Pietras