Spektakl HI§TORY, opery skomponowanej przez współczesnego twórcę Michała Dobrzyńskiego, wystawiony na scenie Polskiej Opery Królewskiej, która działa w zabytkowym Teatrze Stanisławowskim w warszawskich Łazienkach, jest przede wszystkim przedstawieniem dramatycznym, groteskowym i ironicznym, z doskonale służącą dramatowi muzyką sceniczną. Wiele kwestii napisanych przez Witolda Gombrowicza jest w tej operze mówionych lub melodeklamowanych, a śpiew stanowi przede wszystkim rodzaj wzmocnienia, ugruntowania wypowiadanych treści.
Niezależnie od symboliki prezentowanego libretta poszczególne kwestie muzyczno-aktorskie są znakomicie zaaranżowane muzycznie, z użyciem instrumentów, które w operowej orkiestrze symfonicznej pojawiają się dosyć rzadko. Chodzi tu przede wszystkim o akordeon i lutnię, jeden instrument o proweniencji ludycznej, drugi traktowany jako ozdobę zespołów wykonujących muzykę dawną.
Ale wszystkie te, często dziwne szczegóły wystawienia quasi-opery HI§TORY nie oddają w pełni maestrii i urody przedstawienia które jest dziełem – tutaj znów coś dosyć oryginalnego – dwóch wybitnych reżyserów, starszego, bardzo doświadczonego, oraz młodego, z pochodzenia Czecha, wychowanego w środowisku o nieco innej kulturze i innym pojmowaniu historii. Przedstawienie polsko-czeskie? Być może tak należy na nie spojrzeć, zresztą poczucie humoru Witolda Gombrowicza, w stosunku do naszej narodowej tożsamości też stanowi pewien unikat „czechopodobny".
Niech nas nie zmyli nazwisko doskonale sobie radzącego za pulpitem dyrygenckim Karola Szwecha, którego operowym zwyczajem umieszczono na pierwszym miejscu listy twórców przedstawienia. HI§TORY to arcydzieło mistrzostwa reżyserskiego. Obaj panowie, Maciej Wojtyszko (stojący na pierwszym miejscu) i Jakub Krofta skrzętnie ukrywają tzw. podział pracy przy tworzeniu widowiska, tłumaczą ostateczny efekt pełną zgodnością w podejściu do dzieła, a nawet rodzinnymi powinowactwami.
Możemy więc poza warstwą sceniczną wyodrębnić jedynie dobrze pasującą do całości urodę scenografii Wojciecha Stefaniaka, czy pewną dosłowność historyczną kostiumów Doroty Roqueplo, zresztą idealnie współgra z tym, co chcieli nam powiedzieć dwaj panowie reżyserzy. Tyle o warstwie fabularno-wizualnej.

Natomiast bezsprzeczny sukces przedstawienia zawdzięczamy wykonawcom, śpiewakom/aktorom, którzy dokonali cudów scenicznego przeobrażenia. Liderem, z uwagi na liczbę kreowanych postaci, jest tutaj Robert Gierlach będący Ojcem, Profesorem, carem Mikołajem II, cesarzem Wilhelmem II i wreszcie Józefem Piłsudskim. Ale nie jest to miejsce pierwsze w rankingu, bo postacią najważniejszą jest chłopiec trochę zagubiony w splocie wypadków historycznych, czyli alter ego autora niepublikowanych wcześniej młodzieńczych zapisków, szkiców przyszłej Operetki, a więc sam Witold Gombrowicz. Zdaniem jego żony, Rity Gombrowicz, która przechowała w pamięci słowa autora Ferdydurke – Gdybym mógł dotrzeć do miejsca, w którym tworzy się historia – celem Witolda było zrozumienie na czym polega absurd wojen nękających XX-wieczną Europę.
Nikt chyba do dziś nie jest w stanie do końca podać najważniejszego powodu tragedii, jaką był wybuch I Wojny Światowej, która w konsekwencji pod 20 latach względnego spokoju kontynuowała zniszczenie jako II Wojna Światowa. Zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie było powodem zbyt błahym, więc niektórzy historycy podają inny mechanizm napędzający hekatombę, jeszcze bardziej absurdalny – letni okres wakacyjny, który ówczesnych władców Austrii, Niemiec, Rosji, Włoch, Francji, Anglii, Serbii, nawet Turcji, odciągnął od kierowania zbiorowymi emocjami konstruktorów działań wojennych, a gdy „urlopy" się skończyły było już za późno, by wyhamować militarne machiny.
Coś z tego jest w przedziwnych, całkiem fantastycznych zadaniach, jakie zdaje się pełnić w polityce mocarstw młody Witold, a jest wysłannikiem cara na dwór innego cesarza, ma także być wysłannkiem Piłsudskiego by coś załatwiać z Adolfem Hitlerem. Oczywiście te misje dyplomatyczne są w pełni fikcyjne.
I tutaj na plan pierwszy wysuwa się właśnie ów nieposłuszny chłopiec w czapce cyklistówce i obowiązkowo bez butów, który podczas komisji wojskowej chyba dla draki przyznaje się do zabójstwa arcyksięcia Ferdynanda, jakby na niego spłynął ironiczno-idiotyczny humor Józefa Szwejka – znów coś czeskiego. A zatem Witold (w domyśle Gombrowicz), ten niedojrzały chłopczyna śpiewa cienkim, dziecięcym głosem Michała Sławeckiego, a przy tym tworzy środkami aktorskimi świetną, pełnokrwistą rolę człowieka, którego historia całkowicie przerasta.
Aby było teatralnie jest też drugi Witold – kobieta, a raczej dziewczynka, wykreowana przez Iwonę Lubowicz, powtarzająca słowa (brata) i śpiewająca to samo raz w unisonie, innym razem w rozmaitych konfiguracjach interwałowych. No i nie można zapomnieć o świetnej Albertynce – Joannie Freszel, której reżyserom nie udało się rozebrać do naga.
Można by jeszcze długo opowiadać o pozostałych „pobocznych", ale jakże smakowitych postaciach dramatu: Matką i Cesarzową – Małgorzatą Pańko-Edery, Januszem, Rasputinem Księciem – Łukaszem Hajduczenią (w sprawie demonizmu powinien wziąć przykład z Rasputina w Teatrze Rampa), Jerzym, Księciem i Adasiem – Witoldem Żołądkiewiczem, Renią – Moniką Ledzion-Porczyńską (to obsada II premiery).
Wszyscy z poświęceniem realizują trudne zadania muzyczne, wokalne i aktorskie idąc za myślą libretta opracowanego przez kompozytora Michała Dobrzyńskiego, ale także za jego umiarkowanie nowoczesną, choć bardzo różnorodną i barwną partyturą. Jaka jest ta muzyka? Odwołajmy się do słów jej twórcy: –... [muzyka] może na swój sposób dopełnić to, czego tekstowi (...) brakuje. W moim odczuciu pozostawia wiele przestrzeni do „uzupełnienia" – oczywiście za sprawą muzyki. Jeśli sam kompozytor wspomniał, że muzyka uzupełnia, to pewnie tak jest. A widzowie, którzy w finale zobaczą wielki but wojskowy zawieszony nad wszystkimi wykonawcami, mogą się poddać rozmyślaniom nad krętymi ścieżkami naszej historii, której wyrazem nie musiała być, choć była drwina.
Joanna Tumiłowicz