Malowniczo położone we włoskim regionie Lombardii - u południowych podnóży Alp Bergamskich - miasto Bergamo nieustająco cieszy się dużym zainteresowaniem licznej rzeszy turystów. Nie wszyscy z nich jednak wiedzą, że to właśnie tutaj urodził się i zmarł jeden z najwybitniejszych kompozytorów włoskich Gaetano Donizetti (1797 – 1848). Niejednokrotnie uświadamiają sobie to dopiero wówczas, kiedy odkrywają na Piazza Cavour poświęcony temu twórcy pomnik, albo kiedy w miejscowej katedrze dostrzegają jego grób.
Wszakże już niewielu z nich dociera do dedykowanego mu muzeum (Museo Donizettiano) i Biblioteki Muzycznej jego imienia lub do domu, w którym przyszedł on na świat. Na szczęście działający prężnie Teatro Donizetti organizuje już od dziesięciu lat w Bergamo poświęcony temu kompozytorowi festiwal, który w okresie jesiennym przyciąga przybywających tutaj nieraz z odległych stron miłośników jego twórczości.

Co ważne, dyrekcja festiwalu współpracuje ściśle z muzykologami zajmującymi się opracowywaniem i promowaniem dzieł bohatera tej manifestacji. To właśnie oni przygotowują nowe edycje źródłowo-krytyczne znanych oper, a także odkrywają w archiwach nieznane jeszcze publiczności pozycje. W tym roku Festiwal Donizettiego, odbywający się od 15 listopada do pierwszego grudnia, rozpoczął się nową inscenizacją trzyaktowej opera seria Roberto Devereux. Przypomnijmy przy okazji, że kilka dni po premierze tego dzieła w Neapolu (1837) Donizetti napisał znaczące słowa: „Nawet pośród bólu samotności na ziemi odnajduję czasem ulgę w sztuce”. Przywołał w ten sposób niezwykle bolesne wydarzenia z życia osobistego, czyli śmierć kolejnego ledwie co narodzonego syna oraz mający miejsce zaraz po tej tragedii zgon młodej małżonki.
Komentatorzy jego twórczości zadają sobie zatem uzasadnione pytanie, w jakim stopniu owe bolesne okoliczności mogły wpłynąć na powstające właśnie dzieło. Próba poszukania odpowiedzi wymagałaby pewnie pogłębionej analizy, zauważmy więc tylko, iż wzmiankowana opera dopisuje się przecież do listy innych również poruszających tragiczne wątki pozycji tego kompozytora. Ponadto trzeba jeszcze nadmienić, że mroczna historia hrabiego Essex, faworyta Elżbiety I, która skazała go na śmierć pod fałszywym zarzutem zdrady stanu, była już od dawna dość popularnym tematem różnych artystow, zresztą traktowanym z dużą swobodą.
Na przywołanym festiwalu Roberto Devereux został zaprezentowany w pierwotnej wersji prapremiery, czyli bez dopisanej rok później na potrzeby przedstawienia w Paryżu uwertury. Do nadania tej operze formy scenicznej zaproszono Stephena Langridge’a, który od razu zadeklarował, że jego inscenizacja będzie na wskroś współczesna, chociaż pozostaje osadzona w elżbietańskim świecie fantasy.
Dodaje też przy okazji, że nie ma nic przeciwko wykorzystywaniu współczesnego ubioru do zgłębiania tematu historycznego. I podsumowuje swoją deklarację stwierdzeniem, że celem jego subiektywnej wizji (przygotowanej we współpracy ze scenografką i kostiumolożką Katie Davenport) jest eksploracja wewnętrznych krajobrazów emocjonalnych i psychologicznych bohaterów. Nic zatem dziwnego, że kolejne odsłony przedstawienia wypełnione są symbolami, na szczęście doskonale czytelnymi dla widzów, którzy od samego początku są wprowadzeni do akcji za pomocą widniejącego na kurtynie wizerunku królowej Elżbiety. Następnie odsłania się pogrążona w półmroku scena z ograniczonymi do minimum elementami scenografii, jakby dla podkreślenia ascetycznego klimatu dworu monarchini i na ogół oziębłych relacji zachodzących pomiędzy żyjącymi tam osobami.
Cały kadr sceniczny otoczony jest świetlną ramą, której intensywność iluminacji (Peter Mumford) ulega zmianie w zależności od opanowujących poszczególnych protagonistów uczuć, emocji i namiętności. Po bokach i w głębi scenicznej przestrzeni wznoszą się czarne trybuny, na których pojawiają się ustawieni w szeregach chórzyści. Widoczne są tylko ich wydobywane z ciemności za pomocą projekcji świateł głowy, początkowo nieruchome, a w kluczowych momentach wykonujące sztuczne ruchy, jakby w proteście przeciwko rozgrywającym się wydarzeniom.
Pojawiająca się już na samym początku przedstawienia Sara, księżna Nottingham, tkwi nieruchomo koło czerwonego łoża, nasuwającego skojarzenia z rzekomą niewiernością tytułowego bohatera, która dla królowej Elżbiety stanowi zbrodnię większą niż zdrada stanu. Owo łoże zwisa później jak tragiczne przeznaczenie nad głowami protagonistów, zaś przyjmujący również czerwony kolor tron zwiastuje ostateczne wykonanie na Roberto niesprawiedliwego wyroku.

O tym, że ten ostatni jest również pisarzem i poetą informują nas wyświetlane w tle cytaty z jego tekstów. Reżyser kładzie jednak przede wszystkim akcent na wątek śmierci, który jest w tej inscenizacji aż do przesady wszechobecny. Otóż na przykład jednym z motywów zdobiących suknię królowej jest czaszka, spoczywająca również fizycznie - oprócz wielu innych przedmiotów - na ustawionym z boku stoliku. W akcie trzecim wyłaniające się w oddali kobiety niosą w rękach czaszki, a następnie układają je na proscenium wśród rozłożonych tam już uprzednio kwiatów i cmentarnych świec. Na tym się jednak nie kończy nieustanne przywoływanie śmierci, gdyż reżyser wpadł jeszcze na pomysł wprowadzenia do swojej inscenizacji animowanego przez lalkarzy szkieletu.
Niekiedy ten ożywiany trup włącza się nawet w działania sceniczne, jak wówczas kiedy oddaje się delikatnym pieszczotom z urodziwym młodzieńcem. Niezależnie od ewidentnej wymowy tego pomysłu (prowadząca do zguby miłość cielesna), nie sposób nie zauważyć, że następuje tutaj zbyt uporczywe i tym samym męczące podkreślanie powtarzającej się symboliki. Wszakże omawiana realizacja imponuje celnie skompletowaną obsadą solistów.
Prym wiedzie obsadzony w roli tytułowej amerykański tenor John Osborn, mistrz pięknego frazowania, wzorowej artykulacji i bezbłędnej dykcji, wrażliwie i subtelnie ukazujący postać skrzywdzonego przez okrutny los hrabiego. Królową Elżbietę poruszająco portretuje wzniecająca na widowni burzę oklasków Jessica Pratt, hipnotyzująca ogromną ekspresją i dramatycznym temperamentem, łatwo atakowaną górą skali i sceniczną charyzmą.

Artystyczną prawdę postaci Sary zajmująco przekazuje dysponująca szerokim arsenałem możliwości interpretacyjnych włoska mezzosopranistka Raffaella Lupinacci, przykuwająca uwagę wyrazistością wokalną i językową. W roli Nottingham, usiłującego początkowo uratować od śmierci swego przyjaciela Roberto, a następnie pod wpływem niepohamownej zazdrości dążącego do jego egzekucji, doskonale się sprawdza inteligentnie operujący mięsistym barytonem Simone Piazzola. Nie zawodzą też tenor David Astorga (Cecil), bas Ignas Melnikas (Gualtiero) i Fulvio Valenti (służący Nottinghama). Ponadto świetnie sprawdza się odgrywający tutaj ważną rolę chór. Nad całością wykonania czuwa wybitny specjalista w zakresie twórczości Donizettiego, czyli maestro Riccardo Frizza (dyrektor rzeczonego festiwalu), idealnie rozplanowujący zróżnicowane plany dźwiękowej narracji oraz zapewniający niczym niezachwianą równowagę pomiędzy warstwą wokalną i grą orkiestry. Pod jego batutą Roberto Devereux odsłania niebywałą inwencję muzyczną swego twórcy.
Leszek Bernat