Dotyczy to nie tyle wieczoru w Filharmonii Krakowskiej, ile Koncertu fortepianowego Krzysztofa Pendereckiego, a szczególnie jego rozmiarów. Wzbudził on kontrowersje już podczas pierwszego polskiego wykonania w ramach Warszawskiej Jesieni w 2002 roku, czego najbardziej spektakularnym przejawem była wypowiedź Andrzeja Chłopeckiego, który z czasem częściowo wycofał się z tej opinii.
Również ja mam ambiwalentne nastawienie do tego dzieła, podobnie jak do wcześniejszego Raju utraconego: na ile bowiem można dokonać zwrotu ku przeszłości, by uniknąć znamion epigonizmu? Utwór poniekąd równie swobodnie ukształtowany jak I Koncert Liszta. Ale ten drugi trwa 20 minut, a Pendereckiego prawie godzinę, jakby twórca nie do końca panował nad formą, która ulega rozrośnięciu ponad miarę (wcześniej dotyczyło to II Symfoniii Credo).
Z jednej strony cechuje go rapsodyczność, z drugiej operuje ograniczonym materiałem tematycznym podlegającym przetworzeniom i repryzom, co zapewnia wewnętrzną spójność. Dominującym wrażeniem pozostaje wszakże przeładowanie. Również odnośnie rozbudowanego aparatu wykonawczego, choć nie sposób odmówić mistrzostwa instrumentacji (m. in. dające interesujące efekty kolorystyczne zestawienie czelesty i harfy, wielość instrumentów perkusyjnych).
Co prawda już Mahler z pewną dozą przesady pisał odnośnie Pucciniego, że „dziś byle czeladnik szewski nabył tę umiejętność“. Jak emblematyczny utwór z okresu sonorystycznego czyli 8'37", dziś powiedzielibyśmy dla celów marketingowych zatytułowany został eks post jako Tren ofiarom Hiroszimy, mimo że tego rodzaju intencje i asocjacje nie towarzyszyły jego powstaniu, tak wspomniany Koncert fortepianowy zyskał miano Zmartwychwstania i poświęcony został pamięci tych, którzy zginęli w wyniku ataku na World Trade Center, tak że nie sposób uniknąć posądzenia o koniunkturalizm.

Zarazem przy wszystkich wątpliwościach estetycznej natury, samo słuchanie dostarcza wiele czysto sensualnej satysfakcji. Zwłaszcza że w jego wykonanie włożono znaczne staranie. Od pierwszych taktów powierzonych niskim smyczkom Alaksandar Chumała bardzo wyraziście zarysował charakterystyczne ostinata, powracające następnie w różnych konfiguracjach. Wraz z litewską pianistką Mūzą Rubackytė wyeksponował nieliczne ustępy o lirycznym charakterze, zmniejszając w nich natężenie dynamiczne do niezbędnego minimum. Oboje w pełni panowali też nad kalejdoskopowo zmieniającą się rytmiką.
Dziwić może, dlaczego ta faktycznie symfonia z fortepianem nie została zaliczona do tego gatunku i nie zyskała odpowiedniej liczby, dzięki czemu dorobek kompozytora w tej dziedzinie zamknąłby się w Beethovenowskiej dziewiątce? Na antypodach wobec pierwszego punktu programu znajduje się Antonín Dvořák. Niezrównany melodysta, ale jednocześnie odznaczający się formalną dyscypliną na podobieństwo przywołanego Brahmsa.
Może dlatego takim upodobaniem darzył jego Ósmą Penderecki-dyrygent znajdując w niej przeciwwagę dla własnej tworczości, odkąd zwrócił się w stronę tradycji. W ujęciu Alaksandara Chumały można by jej przydać podtytuł Słowiańskiej, albowiem dyrygent położył nacisk na zawarty w niej rys liryczny.
Szczególnie Adagio zagrane zostało bardzo muzykalnie pod względem zróżnicowania dynamicznego, ale i agogicznego - alentonanda niekiedy jakby medytacyjnie zatrzymujące tok narracji. Wręcz wycyzelowane zostały detale niekiedy uchodzące uwagi, na przykład solo skrzypcowe. Jednakże wskutek tego ogniwo to rozpadło się nieco na poszczególne epizody o znacznej urodzie. Zwiewne Scherzo przybrało wręcz taneczną ruchliwość. W finałowej kodzie doszło do efektownego acceleranda, nieodmiennie wywołującego entuzjastyczną owację. Przy kolejnej prezentacji tego dzieła może warto byłoby dopracować scalającą je koncepcję, którą niewątpliwie posiadał Krzysztof Penderecki, kiedy stawał na dyrygenckim podium, by je poprowadzić. Choć, gdybym to ja miał o tym decydować, to z jego repertuaru wybrałbym którąś z symfonii Szostakowicza (Piątą, Szóstą lub Kameralną), których był niezrównanym interpretatorem.
Lesław Czapliński