Idealizująca natura muzyki sprawia, że nawet postacie nie budzące sympatii, jako operowi bohaterowie pozwalają utożsamić się ze swoim losem. I zazwyczaj się im współczuje. Młoda Bona Sforza, przeżywająca pierwsze zakochanie, zmuszona zostaje do wyjazdu do dalekiego i zimnego kraju gdzieś na Północy, jakim zapewne jawić się musiała Polska lombardzkiej księżniczce. Na dodatek poślubić ma o 27 lat starszego od siebie mężczyznę.

Musi zatem porzucić wszystko, z czym się zżyła i co kochała. Kogo nie wzruszy jej historia, przywoływana wszakże po latach, z perspektywy zbliżającej się śmierci? Stąd występuje pod trzema postaciami: dokonującej żywota w Bari zgorzkniałej wdowy, młodej księżniczki oraz polskiej monarchini, kiedy ożywają kolejne etapy jej biografii. Autorem oprawy muzycznej jest Zygmunt Krauze, doświadczony twórca operowy, co zapewnić musiało sukces, nie tylko dlatego, że dzieli on imię z dwiema monarszymi postaciami występującymi w operze.

Kompozytor ten wypracował własny, oryginalny język muzyczny, który określa zapożyczonym od Władysława Strzemińskiego mianem unizmu. Składają się nań krótkie, powtarzające się frazy rytmiczno-melodyczne o ostinatowym charakterze. Różnią się one od repetytywnego minimalizmu amerykańskiego tym, iż nie rozwijają się stopniowo, lecz po ekspozycji i kilku nawrotach ustępują miejsca kolejnym, co podyktowane jest w przypadku tego rodzaju artystycznego potrzebami dramaturgicznymi. Odznaczają się one niepokojącą, natrętną uporczywością, pozwalającą trzymać w napięciu graniczącym niekiedy z transem. W repetytywnej formie utrzymany jest również menuet, w rytm którego młoda Bona (Paula Maciołek) i Ettore (Sebastian Marszałowicz) w dworny sposób wyznają sobie miłość.
Poza tym nie tyle bohaterom, ile związanym z nimi sytuacjom odpowiadają powracające lejtmotywy. Ponadto Krauze umiejętnie wpłata archaizacje, które nie rażą obcością w zestawieniu z nowoczesnym światem brzmieniowym. Ale ma w tym względzie doświadczenie, albowiem w swoich utworach instrumentalnych jak Fête galante et pastorale, Suite de danses et de chansons czy Blanc-rouge łączy motywy zaczerpnięte z różnych kontekstów historycznych i etnicznych.
Z kolei kulminacyjnej, a faktycznie finałowej scenie wyjazdu Bony z Polski towarzyszą dźwięki taranteli. Kompozytor jako twórca operowy nie jest ortodoksyjny, lecz kieruje się potrzebami sceny. Stąd arii królowej Bony i następującemu po niej duetowi z synem, Zygmuntem Augustem nadaje prawdziwie belcantowe oblicze, operując szeroko płynącymi frazami kantylenowej natury.
Wcześniej pojawia się liryczny duet tytułowej bohaterki i jej męża Zygmunta, poprzedzony ariosem władcy, będące wyrazem dojrzałej więzi uczuciowej pomiędzy nimi. Bona Sforza jest też świetnie i barwnie zinstrumentowana, kiedy z tkanki muzycznej wyłania się solo obojowe czy przydające kolorytu dźwięki perkusji (między innymi ksylofonu i marimby), na co kładł nacisk Piotr Sułkowski, prowadzący spektakl zza pulpitu dyrygenckiego. Tym razem Michał Znaniecki, jak wcześniej w Miłości do trzech pomarańczy Siergieja Prokofiewa, zaufał muzyce i podąża za jej tokiem, z niej wyprowadzając ruch sceniczny oraz gesty postaci. Uwarunkowane nie tyle psychologicznie, ile rytmem zawartym w partyturze.
Reżysera oraz Vincenza de Vivo, autora libretta, do tragikomicznej sceny poszukiwania testamentu Bony zainspirował niewątpliwie analogiczny pomysł z początku Gianniego Schicchi Giacoma Pucciniego, którego warto by może wznowić w związku ze stuleciem śmierci tego twórcy? Mobilna dekoracja, zaprojektowana przez Luigiego Scoglio, złożona z przesuwających się zasłon i elementów opuszczanych z nadscenia, pozwala dynamicznie prowadzić akcję, niekiedy w oczu i uszu mgnieniach przechodzącą pomiędzy scenami rozgrywanymi w różnych płaszczyznach czasowych.
Wspomniana scena opuszczenia Polski zyskuje spektakularny wyraz za sprawą skrzyń przez cały czas rozmieszczonych po bokach i niczym fuzja czekających na swój moment, a także wnoszonych i opuszczanych ze sznurowni, przy jednoczesnym złorzeczeniu czarno odzianych postaci, nie tyle realnych, ile fantastycznych, mogących kojarzyć się z żądnymi zemsty furiami.

Splendoru całości przydają stanowiące wartość samą dla siebie stylowe kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej. Jedynie pewne zdziwienie budzić mogą "kokoszniki" na głowach polskich dam dworu, czyżby że względu na stereotypowe wyobrażenie Wschodu? Jak już wspomniałem, kluczowym pomysłem fabularnym jest rozdzielenie tytułowej postaci na trzy wykonawczynie. Miłym zaskoczeniem był dla mnie występ Karin Wiktor-Kałuckiej w roli starej Bony. Wcześniej artystka wykonywała partie drugoplanowe i nie spodziewałem się, że posiada tak znakomite warunki wokalne. Dobrze ustawiony głos, wyrównany emisyjnie, sprawia, że ani przez moment w jej śpiewie nie słyszy się w ogóle wysiłku, co pozwala skupić się na wymogach interpretacyjnych.
Odwołując się do stylistyki werystycznej, wydobywa tragiczny wymiar osobistej klęski niegdyś politycznie wpływowej władczyni, która w znacznej mierze przegrała życie, a zwłaszcza miłość syna, czego nie może przeboleć. A na ciążące nad nią przeznaczenie wskazują dwa, wyobrażane przez tancerzy, widma śmierci, powoli, acz nieuchronnie biorące ją w swoje posiadanie. Władcza i posągowa Edyta Piasecka ucieleśnia monarszą godność i wyniosłość włoskiej królowej, z czym współgra dramatyczny odcień jej głosu.
Szczególnie przydatnym okazało się to we wspomnianej arii bohaterki wyobcowanej z otoczenia, w którym przyszło jej żyć, obwiniającego ją o skrytobójstwa synowych, a następnie w duecie z Zygmuntem Augustem uosabianym przez Jarosława Bieleckiego, który okazał się godnym partnerem śpiewaczki. To wtedy ujawnia się pomiędzy nimi nieprzezwyciężalny konflikt, którego przyczyną była śmierć Barbary Radziwiłłówny, nie tyle przez otrucie, ile lues.
Ona sama zostaje wcześniej przywołana w osobie baletnicy Teresy Żurowskiej. Agnieszka Kuk w tej roli uczłowieczyła graną postać, zdejmując ją z historycznego piedestału i ukazując jako przeżywającą rozterki, a co za tym idzie chwile słabości i zwątpienia. Liryczny sopran o ciepłej barwie cieszył ucho szczególną urodą w średnicy i w ustępach o mniejszym natężeniu dynamicznym, dostarczając przy tym niekłamanych wzruszeń. We wspomnianym duecie z mężem towarzyszył jej Adam Szerszeń. Najmniej udany był wizerunek młodej Bony, choć kompozytor nie ułatwiał śpiewaczce zadania, skoro momentami jej partia rozwija się bez akompaniamentu i utrzyman jest w wysokiej tessyturze.
Kontrastowo względem niej pomyślana została postać jej matki, równie ambitnej, a powierzona altowi i jakby napisana z myślą o zjawiskowym głosie Wandy Franek, której niezwykła naturalność operowania niskimi rejestrami przydawała Izabeli Aragońskiej złowieszczego odcienia, choć w końcu ugnie się ona i zgodzi na pożegnalne spotkanie córki z ukochanym Ettore, co nie będzie jej później dane w przypadku syna.
Artystka zasługuje w przyszłości na większą partię, może na przykład Dalili? Odpowiednikiem jej niezwykłości w zakresie męskich głosów stanowi występ kontratenora Jakuba Borowczyka w roli Crisostoma Colonny, związanego z dworem aragońskim preceptora Bony, a następnie ucharakteryzowanego na Stańczyka delegata sejmu. Interesujące epizody pary intrygantów i prawdopodobnie skrytobójców, którzy przyczynili się do śmierci swej pani, stworzyli Martyna Dwojak jako przewrotna służąca i Adam Sobierajski w roli fałszywego zausznika Gian Lorenza Pappacody.

Bona Sforza w przeważającej mierze śpiewana jest po włosku, ale także po polsku i w łacinie, ówczesnej lingua franca. Na koniec, niczym w formie łukowej, wszystko powraca do początku przy akompaniamencie powtórzeń fanfarowego tematu. Czyżby pokusa władzy była silniejsza od wszystkiego innego? Opera Krakowska i jej dyrekcją od trzech lat oczekiwały na spektakularne wydarzenie, które nada im nowe oblicze i przeciwstawi się nieprzychylnym opiniom. Okazała się nim 9 listopada prapremiera Bony Sforzy, która następnie trafić ma do Bari, które tak boleśnie odcisnęło się na biografii bohaterki opery Zygmunta Krauzego.
Lesław Czapliński