W dzisiejszym świecie postprawdy nie ma stałych, na których można by się było oprzeć. Ziemia może nie jest płaska, ale umyka spod stóp. Jak scena obrotowa czwórce uwięzionych na niej postaciom. Nie ma nic pewnego. Wszystko można zanegować. Płeć, kolor skóry (przypadek Michaela Jacksona, ale i Japończyków przeprowadzających operacje pozbawiające ich żółtego pigmentu), normy społeczne, świętości, które okazują się znów nie takie święte... Czyżbyśmy znaleźli się w impasie wieszczo przywołanym przez Mrożka w Tangu, tyle że tym razem wyrażonym środkami afabularnymi?

Ziemia jest płaska w Narodowym Teatrze Starym im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie to przedstawienie-instalacja na czterech aktorów instrumentalnych (widać w tym wpływ Bogusława Schäffera), trójkę pomocniczych, telebim (wideo: Maya Watanabe) i obrotową scenę. Aktorzy odgrywają nie tyle postacie, ile sytuacje, stąd ich instrumentalny status.
A zatem, niczym w teatrze Kantora, popadają w automatyzm, nie mogąc wydostać się ze słów i gestów, w których zostali zamknięci. Największe wrażenie wywiera brawurowo rozegrana scena z przywoływaniem różnych mediów (CNN, Al-Dżaziry, TVN, TvRepublika, Trwam), w których jedna i ta sama informacja nabiera innej wymowy w zależności od stojącej za nią stacji. Zdecydowanie mniejszy efekt wywołuje gra w zabijanie i gwałty, może dlatego, że jej groza razi oczy sztucznością (sok pomidorowy będący substytutem krwi), co wywołuje oburzenie rzekomej widzki (w tej roli Beata Paluch), opuszczającej widownię złorzecząc artystom.
Co prawda nie słowami „niech szczezną“, jak pewna paryska megiera, którą wspomniany Kantor przywołał w tytule swego spektaklu. Przypomina to autentyczną reakcję starszej kobiety na przedstawieniu Hamleta Krzysztofa Warlikowskiego w TR Warszawa, radzącej Jackowi Poniedziałkowi uzupełnienie garderoby.

Wyświetlanie na telebimie zawieszonym nad sceną serii takich pojęć jak prawda, spekulacja, wyobraźnia, strach, przybiera humorystyczny obrót, kiedy zawierusza się pomiędzy nie Pepsi cola jako znamię naszych czasów, w których wszystko podlega komercjalizacji i zamianie w towar, co zapowiadał Guy Debord w Społeczeństwie spektaklu.
Widowisko zaczyna się od zoomorficznych scen, w których wspomniana czwórka aktorów występują przebrana za gatunek bonobo. Jedna z nich wraca na koniec. Czy jest to wizja zagłady ludzkości i zatoczenia koła przez ewolucję? A może powrotu do rajskiej niewinności tego gatunku nieznającego agresji? Rozlegająca się na koniec aria Erbarme dich z Pasji Mateuszowej Johanna Sebastiana Bacha może też oznaczać potrzebę przywołania pierwiastka metafizycznego w celu odzyskania stabilnego świata wartości, ale nie wiem, czy nie przeceniam twórców (scen. Miguel Angel Melgares, reż. i dek. Julian Hetzel), którzy po prostu podparli się pojemnym cytatem, także dla jego walorów czysto muzycznych?
Lesław Czapliński