Niemiecki skrzypek na swoim Stradivariusie wygrał szlachetnym dźwiękiem Koncert skrzypcowy d-moll WoO 1 Roberta Schumanna. Skomponowany na 3 lata przed śmiercią twórcy, uznany został za przejaw jego postępującej choroby umysłowej i jako taki na wiele lat utajniony przez Josepha Joachima, któremu był zadedykowany, wdowę Clarę i przyjaciela Johannesa Brahmsa, którego Schumann poznał właśnie w czasie pracy nad tym dziełem.
Paradoksalnie wprowadziła go do życia koncertowego Trzecia Rzesza, która nie tolerowała osób psychicznie chorych. Partia skrzypiec dominuje nad orkiestrą, stąd poza ustępami wyłącznie jej powierzonymi: wstępem wprowadzonym w przeciwieństwie do rozwiązań w dwóch pozostałych koncertach instrumentalnych, kolejnymi wejściami, a także powtarzającym się polonezowym motywem w finale, Łukasz Borowicz wycofywał się na dalszy plan, pozwalając Hansowi Peterowi Zimmermannowi skupić na sobie całą uwagę. W pieśniowej natury środkowym ogniwie oznaczonym jako Langsam wchodził on w subtelny dialog z instrumentami dętymi drewnianymi.

Pod koniec uwagę zwróciły należycie strojące rogi, ale, jak napisałem w tytule, występ z takim muzykiem dopingował, by mu dorównać. Utwór Schumanna pozbawiony jest solowych kadencji, stąd zapewne skrzypek sięgnął po wirtuozowskie ogniwo z sonaty na skrzypce solo Paula Hindemitha, a dla uspokojenia nastrojów po motoryce poprzedniego bisu zagrał Sarabandę z II Partity d-moll BWV 1004 Johanna Sebastiana Bacha. Wykonanie VII Symfonii A-dur op. 92 pozostawiło we mnie mieszane uczucia. Za dużo włożono w nie dynamicznej „pary“, za to zabrakło mi większej finezji w modelowaniu detali. Jedynie w Allegretcie kontrabasy i wiolonczele eksponujące pianissimo jego marszowy temat dostarczyły znacznej satysfakcji. Z kolei w triu Scherza wyróżniało się wyrównane brzmienie blachy.
Przeszarżowanie dynamiczne prowadzi w końcu u słuchacza do zmęczenia, a w sztuce największy efekt wywiera odpowiednie wyważenie wszelkiego rodzaju kontrastów. Za to Muzyka jesieni Andrzeja Panufnika w skameralizowanej obsadzie bez skrzypiec, odznaczała się brzmieniowym wyrafinowaniem, z dominujacym uporczywym ostinato harfy, czelesty i fortepianu.

Utwór ten potwierdza zarazem asemantyczny charakter muzyki, pod której przebieg podkładać można dowolne treści programowe, albowiem równie dobrze mógł się on kojarzyć z zasugerowanym przez tytuł jesiennymi impresjami (partie harfy i czelesty oraz fletów i dzwonów orkiestrowych), co kompozycją odnoszącą się do batalistyki (werble i wielki bęben). I wszystko byłoby dobrze, gdyby 18 października koncert Filharmonii Krakowskiej nie został zadedykowany pamięci Andrzeja Markowskiego w stulecie jego urodzin, a jednocześnie program niewiele miał wspólnego z jego preferencjami repertuarowymi.

Również w czasie kierownictwa artystycznego w Filharmonii Krakowskiej poświęcił się głównie propagowaniu muzyki dawnej (np. Monteverdiego) oraz wtedy współczesnej, powołując w tym celu zespół kameralny. Dokonywał licznych prawykonań kompozycji Krzysztofa Pendereckiego czy Henryka Mikołaja Góreckiego (Ad matrem i II Symfonii), ale także uczestniczył w pierwszym nagraniu Carré Karlheinza Stockhausena pod swoją i autora dyrekcją, a także Michaela Gielena i Mauricio Kagela. Z przyczyn oczywistych nie mógł dyrygować dziełami Panufnika jako emigranta objętego zapisem cenzury, co najwyżej pod koniec życia, kiedy został on zdjęty. Do jego śmierci nie był też w Polsce wykonywany Koncert skrzypcowy Roberta Schumanna.
Lesław Czapliński