Przegrana Kamali Harris, coraz gorsza pogoda, nekrologi niedawno zmarłych przyjaciół, trudny przebieg wojny na Ukrainie oraz pesymizm towarzyszący coraz większej ilości przejawów naszego życia – oto niektóre tylko przyczyny ciągnących się jesiennych smutków.
Spróbujmy to przerwać, skupiając się na niedawnych oraz właśnie nadchodzących wydarzeniach artystycznych, szukając w nich optymizmu i powodów do radości. Najnowsza premiera w teatrach Krystyny Jandy nosi tytuł Koniec czerwonego człowieka w jej reżyserii, z udziałem czołówki, głównie młodych aktorów. Z kim tylko się rozmawia i kogokolwiek się czyta, wszyscy zachwyceni, polecając ten spektakl zwłaszcza, że sami są już po jego obejrzeniu.
Próbuję wykrzesać z siebie radość na myśl o najnowszej premierze Opery Śląskiej, którą będzie nie grana nigdy w Polsce Luiza Miller Giuseppe Verdiego. Dojdzie do niej w rezultacie koprodukcji bytomskiej Opery z dwoma francuskimi teatrami z Avignonu i Tours oraz włoskim Teatro Sociale Como. Kierownictwo muzyczne powierzono włoskiemu dyrygentowi Marko Guidariniemu, a reżyserię francuskiemu dyrektorowi scen operowych Fredericowi Roelsowi. W podwójnej i potrójnej obsadzie, niemal cała czołówka solistów Opery Śląskiej, a począwszy od 16 listopada do końca miesiąca zaplanowano aż 9 spektakli. Oczywiście pojadę, namawiając melomanów, aby uczynili to samo.
Natomiast nie wszyscy zdążą na odbywający się już po raz trzeci w Poznaniu listopadowy Paderewski Festiwal. Jego miejscem jest oczywiście Hotel Bazar, gdzie Mistrz przemieszkiwał i przemawiał, ale nie tylko. Koncerty, recitale, prelekcje, spotkania i spektakle odbywają się w poznańskich muzeach, pałacach, bibliotekach, aulach, kościołach, Akademii Muzycznej im. Paderewskiego, Urzędzie Miasta (Sala Biała) i Teatrze Muzycznym, którego dyrektorem jest Przemysław Kieliszewski, pomysłodawca, organizator i szef corocznych obchodów ku czci naszego wielkiego pianisty, kompozytora i polityka. Tegoroczny bogaty i atrakcyjny program niechże będzie zachętą do uczestnictwa w następnych edycjach tego wspaniałego wydarzenia.
Powodem do radości jest nadanie doktoratu honoris causa Ewie Wycichowskiej. Uroczystość odbyła się 10 października w łódzkiej Akademii Muzycznej i podejrzewam, że odtąd z dnia na dzień będzie rosła liczba tancerek i tancerzy, którzy woleliby porzucić tańczenie i pójść drogą naukowych zaszczytów, jako że Wycichowska jest u nas, a może i na świecie absolutną odkrywczynią.
Przed laty taki honor spotkał pewną hałaśliwą śpiewaczkę i reżyserkę, która dowiedziawszy się, że jest doktorem (i to honoris causa), postanowiła otworzyć przychodnię sądząc, że ma to coś wspólnego z medycyną. Moje wieloletnie doświadczenie podpowiada, że tancerki są jednak bardziej inteligentne.
Podobno recenzentem doktoratu Wycichowskiej była Aleksandra Dziurosz (też prof. dr hab.) – ta sama, która postulowała zakaz pisania felietonów przeze mnie, bo rzekomo lekceważę kobiety, co wyśmiała w swym oświadczeniu Etyka Mediów.
Kilka dni temu prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej zawiadomił mnie, że 19 listopada na Uniwersytecie Adama Mickiewicza odbędzie się uroczystość wręczenia mi statuetki „Dziennikarskie Koziołki” za te właśnie felietony, co uczyni właśnie to Stowarzyszenie i Wydział Dziennikarstwa UAM. Tak więc mamy z Wycichowską – tout proporcion gardé – dobrą passę…
Mnie dodatkowo zaskoczył znany warszawski samorządowiec Andrzej Golimont, wieloletni członek Rady miasta stołecznego Warszawy, dziennikarz, publicysta i działacz społeczny. Od lat wnikliwie obserwując, co się w Polsce dzieje zauważył, że mija właśnie 55 lat mojej pracy zawodowej. Opublikował więc tekst, który nieskromnie tutaj przytoczę, co spowodowało napływ niekończących się gratulacji, życzeń i pozdrowień. Oto co napisał:
„Gdyby Pan Bóg nie stworzył Pietrasa trzeba by Go było wymyślić. To chyba jedyny na świecie człowiek, który RÓWNOCZEŚNIE kierował trzema najistotniejszymi w kraju scenami operowymi. I to jak kierował.
Sławek ma tę cechę, że czego się nie dotknie zmienia w Sztukę. Łączy rzeczy – wydawałoby się – niepołączalne. Uwielbienie publiczności z artyzmem najwyższej próby.
A do tego jest mistrzem anegdoty. Fantastycznym kompanem biesiad, a gdy trzeba wypróbowanym Przyjacielem, który z drugiego końca Polski przyjedzie potrzymać za rękę.
Kto zna Sławka nie wierzy w żadne 55. Przecież On wciąż jest dwudziestolatkiem!"
I jak tu inaczej – jak jesienne radości – nazwać to, co usiłowałem zawrzeć w dzisiejszym felietonie!
Sławomir Pietras