Warunki sceniczna ma wymarzone, jest wysoki, szczupły, przystojny, a głos ma brzmiący, dobrze postawiony, jak trzeba demoniczny. To istny Rasputin, czyli tytułowy bohater kabaretu Michała Walczaka wystawianego w Teatrze Rampa. Może to i musical, może rock opera, jak niekiedy pisze się o tym spektaklu, do którego muzykę stworzył Wiktor Stokowski. Z tego co powstało da się wyodrębnić fragment piosenki Niemena Sen o Warszawie, ale tego akurat Rasputin nie śpiewa.
On, tzn. Michał Justa, do swej kariery scenicznej dochodził i nadal dochodzi etapami. Swój cenny głos, który jest basem i barytonem zarazem kształci w warszawskim Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina.
W jego biografii artystycznej można znaleźć uczestnictwo w szeregach Warszawskiego Chóru Chłopięcego i Męskiego przy Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina pod opieką założyciela i dyrygenta chóru prof. Krzysztofa Kusiela-Moroza, a także opiekę wokalną Jerzego Knetiga, a potem Adama Zdunikowskiego. Nasz bohater trafiał więc na profesorów – tenorów, ale znających swój fach i dobrze kierujących jego głosem. W dorobku ma już występy w Warszawskiej Operze Kameralnej w typowych rolach basowo-barytonowych, jak Leporello. A ma przygotowane jeszcze inne partie jak Don Giovanni, Hrabia, Belcore, a nawet Miecznik w Strasznym dworze Moniuszki. W spektaklu Rasputin śpiewa jak wszyscy do mikroportu, ale i to wredne urządzenie nie pozwala zmylić uszu, bo jego głos jest profesjonalnie rozwinięty i prowadzony, co natychmiast pokazuje przepaść między nim, a pozostałymi uczestnikami rewii.
Justa atakuje dźwięki bez piosenkarskiej maniery, a przy tym ma jeszcze wiele innych zalet, znakomicie się porusza na scenie, tańczy, tworzy demoniczną postać, która nie wiadomo skąd pojawiła się w podziemiach Pałacu Kultury i Nauki. Pewnie pomysł takiego zjawiska przyniosło pojawienie się nieopodal Muzeum Sztuki Nowoczesnej, któremu spektakl poświęca wiele uwagi i tutaj już Rasputin nie występuje. Znika na dobrą godzinę.

Jest to więc postać bardzo marnie spożytkowana przez Michała Walczaka i cała ta śpiewogra wydaje się mniej artystycznie „wyrafinowana" w stosunku do poprzednich dzieł Walczaka pt. Pożar w burdelu.

A można było przecież przeciąć owo Ras – Putin i nawiązać do aktualnych rozważań. Bo przecież tych nawiązań jest w przedstawieniu co nie miara. Pojawia się np. b. minister Zawisza Czarnek, jest Iga Świątek, a nawet sam Donald Trump. Zwrócilibyśmy jeszcze uwagę na Igę Świątek, która co chwilę wywija rakietą tenisową, ale gdy jej podają skrzypce, to okazuje się, że jest także wykształconym muzykiem. To jest też ciekawa postać – Marta „Masza” Wągrocka. Gra na scenie w sposób profesjonalny wspomagając typowy zespół jazzowy, gdzie są klawisze, gitara elektryczna i perkusja. Natomiast aktor z imponującą blond grzywą, czyli Marcin Januszkiewicz, który naśladuje Donalda Trumpa, nauczył się typowych ruchów prezydenta USA, czym lepiej „podrabia” oryginała niż swą „zaje fajną” peruką i krawatem w gwiaździstych barwach. Tak czy inaczej spektakl z powodu zbyt mocnego nagłośnienia da się oglądać, tyle, że z zatyczkami w uszach. Jest on też przeznaczony dla widzów z tzw. „zachodniej bańki” w naszym nieszczęśliwie podzielonym społeczeństwie.
Joanna Tumiłowicz