Ten spektakl składa się z dwóch aktów, poetyckiego i prozatorskiego. Z zaświatów, gdzie duchy wspominają swoje narkotyczne rytuały przechodzimy na teren odrolnionej działki, na której doszło kiedyś do wypadku. Tutaj dokumentalista, dziennikarz, a może filmowiec stara się poznać szczegóły wydarzenia od właściciela poletka.

W pierwszym akcie postacie porozumiewają się dziwnym „kuchennym” slangiem, gdzie świat się obraca głównie wśród chińskich zupek, które trzeba zalać wrzątkiem, są też krówki wydzielane dosyć oszczędnie, a także inne specjały typu knedle, kopytka czy może pierożki. Dla niewtajemniczonych rozmowa czworga bohaterów jest tym bardziej niezrozumiała, że osoby te mówią białym wierszem, ośmiozgłoskowcem, z rzadka tylko rymowanym, ale jakoś dziwnie trudnym do deklamowania, bo bez tzw. średniówki, czyli punktu podziału wersów. Jednak z urywków rozmowy powoli wyłania się wcześniejsze życie czworga rodzeństwa, gdzie był tata, mama, nawet przyplątał się kot.
Dzieci, bo to chyba jeszcze nie są osoby dorosłe, nie mają do rodziców specjalnych pretensji, dopiero z drugim akcie wyłania się dosyć mroczny obraz rodziny, która zaadoptowała tę porzuconą czwórkę i nurza się w rozmaitych patologiach. Całość wydarzenia została przygotowana dzięki prowadzonemu w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej projekcie pt. Scena Nowej Dramaturgii.
Sam pomysł łączenia wybranych tekstów dramatycznych z wybranymi w toku dyskusji reżyserami wydaje się bardzo ciekawy i twórczy. Jak wyjaśniają kuratorzy SND, jest to rodzaj teatralnego Speed Datingu, czyli sposobu zorganizowania „randki”, w efekcie której zachęca się uczestników, by w trakcie wyrywkowych spotkań mogli poznać jak najwięcej osób.

Oczywiście istnieje ryzyko, że takie szybkie „randkowanie” nie przyniesie żadnych trwalszych rezultatów, jednak pozytywne zakończenie doboru partnera może być interesujące. Pierwszym etapem takiego eksperymentalnego połączenia, w tym wypadku autora z reżyserem jest przedstawienie w formie czytania performatywnego, na bazie którego może powstać pełny spektakl włączony do repertuaru teatru. W trakcie Festiwalu Arcydzieł można było obejrzeć właśnie wersję czytaną spektaklu Najcieplejsza zima naszego życia.
Autor tego fantazyjnego dramatu Tomasz Motyka stwierdził, że to coś na kształt młodzieńczych Dziadów, których w zasadzie nikt nie chce odprawiać, ale jednak znajduje się zainteresowany dziennikarz, pragnący na taśmie zarejestrować wyznania jednego ze świadków tamtej tragicznej historii.

Reżyser powierzył owemu dziennikarzowi rolę jakby dyrygenta całego przedsięwzięcia i to w formie niemal dosłownej, bo początkiem spektaklu jest fragment Requiem Mozarta zaś dziennikarz wykonuje typowe ruchy kapelmistrza. To od razu naprowadza wyobraźnię odbiorców, iż mamy do czynienia z uroczystością żałobną. Taki był inicjujący zamysł reżysera Macieja Jaszczyńskiego i autora oprawy muzycznej Pawła Bednarczyka.

Po obejrzeniu całości pojawiło się pytanie o możliwość skierowania tego spektaklu konkretnie do młodzieży będącej na progu dorosłości. Sama historia tragicznego wypadku, który spowodowali odurzeni narkotykami młodzi ludzie – tutaj przedstawiona w dosyć nowoczesnej artystycznej formie – wydaje się bardzo typowa i można jej użyć jako przestrogi. Niezwykły język dramatu, w pierwszej części poetycki, w drugiej zaś najeżony wulgarnymi wyrażeniami, których w realnym życiu jesteśmy nieustannie świadkami, może zainteresować młodego odbiorcę i wywołać odruch pożytecznej refleksji. Byłby to istotny sukces rzeszowskiej Sceny Nowej Dramaturgii.
Joanna Tumiłowicz