Spektakl Dzieje grzechu odczytane na nowo przywieziony do Rzeszowa przez Teatr im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy, dostarczył tematów do przemyśleń i do dyskusji. Przedstawienie w reżyserii Darii Kopiec jest przede wszystkim atrakcyjne wizualnie.

Operuje wieloma elementami, których celem jest oddziaływanie pozawerbalne na emocje publiczności, bo w tak delikatnej materii jak obłęd czy szaleństwo z miłości nie wszystko daje się wytłumaczyć samą akcją sceniczną zatrącającą o kryminalny banał. Ważną rolę odgrywają więc np. światła, które dwa razy wyodrębniają postacie kobiece. Ich ciała przybierają barwę fioletu, zaś sukienki reagują płonącą barwą pomarańczową. To sugestia, iż dzieje się coś szczególnego, działają instynkty, powiedzielibyśmy dziś – hormony. Rzecz umieszczono jakby w Meksyku, gdzie w tropikalnym klimacie i z powodu żywiołowej natury mieszkańców uczucia nierzadko przybierają gwałtowne formy.
Mamy więc namiastkę kobiecego więzienia, jakieś święto typu Walentynki, gitarzystów Mariachi, tańce i spontanicznie wyrażaną kokieterię. Tego oczywiście Stefan Żeromski w swojej powieści nie przewidział. W jego czasach samo postępowanie Ewy Pobratyńskiej było szczytem upadku i skandalem, ale i on sam, choć poruszał tak otwarcie zagadnienia moralne, świętoszkiem przecież nie był.

Odważnie stawiał jednak pytania o druzgoczące ludzkie życie przesądy społeczne, a na grze uczuć znał się jak mało kto. Opis szału miłosnego, który ogarnia Rafała Olbromskiego w Popiołach należy do najpiękniej opisanych obrazów siły Erosa w naszej literaturze.

Tam jednak chodzi o młodego mężczyznę, któremu wybacza się więcej. W Dziejach grzechu przypadek nagłej miłości dotyka dziewczyny. Na nic zdają się interwencje matki Ewy, one wręcz pobudzają do jeszcze większej intensywności buntu. Jednak ta rozmowa z matką jest jedną z kulminacji. Inną jest rozmowa Ewy z legalną żoną Łukasza Niepołomskiego i pytanie nieszczęśliwie zakochanej czy ona także kocha tego samego mężczyznę, jakby odpowiedź „tak” albo „nie” mogła coś zmienić lub wyjaśnić. Mamy wreszcie na wpół ironiczny monolog jednego z mężczyzn, który sprytnie podważa samą istotę i sens miłości w stosunkach międzyludzkich.
Rzecz w tym, iż mówiąc „miłość” nikt w sumie nie wyjaśnia co ma na myśli, jaką definicję przyjmuje, i gdzie jest tzw. czerwona linia, za którą pojawia się już tylko grzech, zbrodnia, patologia. Przedwojenna inscenizacja powieści Żeromskiego dokonana przez Leona Schillera przestrzegała przed miłosną samotnością Ewy wśród ludzi, ale to nakazywałoby poddanie się głównej bohaterki i grzesznicy obyczajowym normom społecznym opartym na obowiązującej tradycji.
Dziś mamy do czynienia z wojującym feminizmem, czego ani Żeromski ani Schiller nie uwzględniali, ale przedstawienie, którego scenariusz napisał Artur Pałyga, także wprost nie przywołuje.

I tu jest chyba zasadnicza słabość przedstawienia, bowiem aktorzy grający czołowe role, a zwłaszcza zachowująca jakąś szczególną kobiecą godność główna Ewa Pobratyńska wykreowana przez Magdę Drab, (choć w istocie Ew jest aż cztery, a każda odpowiadała za inną część psychiki tej bohaterki), stwarzała szansę na taką bardziej i wszechstronniej uwspółcześnioną interpretację. Nikt w przedstawieniu nie pomyślał również o innych matkach, które przecież wychowują też chłopców i nie wpajają im większego szacunku do dziewcząt, nie zwracają przeważnie uwagi, że wykorzystywanie drugiej osoby dla własnej zachcianki jest niemoralne.
Joanna Tumiłowicz