Wśród propozycji zgłoszonych do konkursu Festiwalu Arcydzieł w Rzeszowie Kabaret w reżyserii Małgorzaty Warsickiej był przedstawieniem najlepszym od strony muzycznej. Dobrze przygotowane głosy śpiewały piosenki bez deformowania brzmienia, bez histerii, maniery i przede wszystkim czysto. Pozwalały też sobie na śpiewanie w duetach, chórkach, choć bez specjalnego wyrafinowania.
Dobry poziom przedstawiał też zespół muzyczny, grający na żywo, co traktuje się w teatrze jako znaczący atut. Jacek Obstarczyk (instrumenty klawiszowe), Marcin Żupański (saksofony), Eugeniusz Kubat (kontrabas) i Seweryn Piętka (perkusja) nie tylko zrealizowali oryginalny zapis muzyczny, ale wzbogacili przebiegi poszczególnych songów o wstawki improwizowane w solidnym stylu jazzującym. Tu wyróżniał się wszechstronny saksofonista.
Jeśli więc ktoś chciał sobie przypomnieć klasyczne już melodie z broadwayowskiego musicalu, a zwłaszcza Oskarowego filmu w reżyserii Boba Fosse'a, amerykańskiego reżysera, choreografa, tancerza i aktora, to spektakl bielskiego Teatru Polskiego mu to zapewniał. Zapewne części publiczności to wystarczało, prócz tego widzowie mogli się wzruszać oglądając dobrze zagrane melodramatyczne perypetie dwóch głównych par, a także nieźle zainscenizowane scenki z domu starzejącej się Fräulein Schneider wynajmującej pokoje tylko „przyzwoitym lokatorom".
Ale oczywiście to nie wszystko, czego oczekiwalibyśmy od Kabaretu, i nie chodzi tylko o stworzenie atmosfery zmian zachodzących w Niemczech lat 30, bo to uzyskuje się przez nałożenie kilku opasek ze swastyką i hitlerowskie pozdrowienie podniesioną ręką. Zresztą ten prosty zabieg nie wywołuje już uczucia grozy, spowszedniał i jedna scena oraz jedna pieśń tego nie zmienią. Nie ma tutaj piętna autentyzmu, który dostarczyła czytelnikom np. Anna Seghers w powieści „Siódmy krzyż”.

Tłumaczom libretta na język polski chodziło też o refleksję ogólniejszą, bardziej aktualną. Tu warto dodać, że dwie piosenki: Money, Money i I Don’t Care Much przełożyli na potrzeby spektaklu artyści bielskiego Teatru Polskiego, ale spora część libretta została przygotowana przez Wojciecha Młynarskiego.
On właśnie włożył w usta kabaretowej gwiazdy Sally Bowles następujące słowa: – „Jutro być może zabawy tej kres, lecz dzisiaj niech trwa nasz bal, bo życie kabaretem jest”, co zostało opatrzone komentarzem, iż jest to ważne, gdy do głosu dochodzą przeciwnicy wolności i tolerancji. I choć przedstawienie pokazuje jak powoli rodzi się zło i nietolerancja w najgorszym wydaniu, to nie jest to wnioskiem, który się nasuwa sam podczas oglądania spektaklu. Dlatego sądzę, iż takie przesłanie w przedstawieniu nie było zbyt czytelne ani zaakcentowane. Niektórzy kładli to na karb rozwlekłego tempa akcji scenicznej, która bardziej skupiała się na obyczajowych smaczkach niż nad wymową polityczną. A może od polityki są inne spektakle, a nie próby rekonstrukcji amerykańskich, choćby nawet najlepszych filmów.
Joanna Tumiłowicz