Trzeba przyznać, że Antoni Wit ma szczęśliwą rękę do zgłębiających u niego tajniki dyrygentury. Dobrego imienia jako pedagogowi przysparzają mu Rafał Janiak, dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego w Łodzi, i Dawid Runtz, pierwszy dyrygent Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie. I właśnie ten ostatni poprowadził wczorajszy występ krakowskich filharmoników. Najpiękniejszy koncert wiolonczelowy wszechczasów jakim niewątpliwie jest Opus 104 Antonina Dvořáka stanowi nie lada wyzwanie dla jego wykonawców.
Nie słyszałem jeszcze tak muzykalnie zagranego pod względem dynamicznym i agogicznym (różnicowanie tempa) wstępu, z wyciszonymi smyczkami i krótkim solo waltorni na ich tle, kiedy nieomal przestaje się odczuwać upływ czasu. Nieraz mówi się o współpracy solisty z dyrygentem i prowadzonym przezeń zespołem, ale w tym przypadku ich porozumienie było idealne. Nieziemskim pięknem odznaczało się drugie wejście wiolonczeli w dynamice pianissimo i następujący dwugłos z fletem Natalii Jarząbek.
I znów nie oczekiwało się dalszego rozwoju, kontemplując piękno tego ustępu. Myślałem, że ten utwór tyleż razy słuchany nie ma już przede mną żadnych tajemnic, a jednak odkrywałem zaskakujące detale, które gubiły się w mniej finezyjnym prowadzeniu orkiestry, zwłaszcza w ustępach tutti. A tu Dawid Runtz plastycznie kształtował plany dynamiczne poszczególnych sekcji instrumentów, różnicując ich proporcje brzmieniowe. Zwracała uwagę artykulacja grupy wiolonczel tworzących osnowę dla ekspozycji tematu finału. Również pod koniec tej części Marcin Zdunik urzekał delikatnymi pasażami, po czym tok muzyczny nieomal ustał, zanim wyłoniło się crescendo kody.
Jedynie, czego mi brakowało w partii wiolonczeli w mezzoforte to głębszego tembru o ciemnym zabarwieniu. Ale artysta wynagrodził to dwoma bisami. W przeszłości instrumentaliści najczęściej improwizowali solowe kadencje, ale z czasem tego rodzaju umiejętności zanikły. Marcin Zdunik odnowił tę praktykę i improwizował: za pierwszym razem na temat Szopenowskiego Mazurka C-dur, a za drugim jednej z Pieśni Kurpiowskich Karola Szymanowskiego, albowiem koncert odbywał się w ramach cyklu „Szymanowski/Polska/Świat“.
Mogliśmy podziwiać zarówno kalejdoskopową zmienność pomysłów, jak i wirtuozowskie zacięcie. Zarazem stanowiło to przeprowadzenie do drugiej części koncertu, w której usłyszeliśmy Maski op. 34 tegoż kompozytora zorkiestrowane przez Jana Krenza. I znów można było podziwiać bogactwo odcieni dynamicznych i kolorystycznych rozbudowanej orkiestry. W skrajnych ogniwach: Szeherezadzie i Serenadzie Don Juana momentami Krenz starał się przywołać właściwe dla Szymanowskiego z tamtego okresu cechy instrumentacyjne poprzez charakterystyczne sola skrzypiec i dobarwianie orkiestry dźwiękami fortepianu. W środkowej części Błazen Tantris Dawid Runtz z dużym wyczuciem wydobył jego rytmiczną kapryśność i zmienność.

Jak przystało na ucznia Antoniego Wita, wzorem mistrza, na zakończenie poprowadził Dyla Sowizdrzała op. 28 Richarda Straussa z pamięci. Artysta umiejętnie przeprowadził narracyjną stronę tego poematu symfonicznego, podkreślając zarazem zawarty w nim muzyczny humor instrumentacyjny. Znów zwracała uwagę powabna artykulacja wiolonczel. Zważywszy, że w programie poprzedniego koncertu z tego cyklu znalazła się suita z Kawalera srebrnej róży można zaryzykować twierdzenie, że zmienia on formułę na Szymanowski i jego fascynacja Richardem Straussem. A na pewno wieczór ten na długo zapadnie we wdzięcznej pamięci melomanów.
Lesław Czapliński