Opera Haendla Giulio Cesare to w realizacji Warszawskiej Opery Kameralnej wybuchowa mieszanka stylów i pomysłów scenicznych, do tego bardzo bogato opakowana. Reżyser Włodzimierz Nurkowski wespół z dyrygentem Adamem Banaszakiem poprowadzili narrację skokiem kangura przez stulecia, od lat 40. przed naszą erą w starożytnym Egipcie, poprzez 18-wieczny Londyn – miejsce przebywania kompozytora, aż po Warszawę obecną i aktualną.

Ale bez odpowiedniej podpórki mało kto się połapie w przepychance różnych mód i kostiumów, po prostu będzie miał przed oczami kalejdoskop barw i gestów, tańców i scenicznych akcji, w tym nabrzmiałego erotyzmu (18 lat +), nie wspominając już o muzyce, która powinna być na wierzchu – prima la musica e poi le parole. A może trzeba zacząć inaczej. Giulio Cesare spowodował na scenie WOK wysyp kontratenorów. Jest ich aż czterech, a ponieważ teatr przygotował dwie obsady, więc trzeba się było posłużyć solistami zagranicznymi. To pozwoliło nam poznać ciekawe osobowości artystyczne.
Zwłaszcza chodzi o tytułowego Cezara zaśpiewanego brawurowo przez ukraińskiego artystę Yuriy Mynenko – pierwszego w historii swego kraju kontratenora, który zrobił międzynarodową karierę. Kreację Mynenki można porównać z impulsywnym wcieleniem sycylijczyka Nicolasa Tamagni (Ptolomeusz), zwłaszcza, że śpiewak ten, występujący także w Metropolitan Opera, ma w repertuarze także partię Cezara.

A nie zapomnijmy także postaci Sestusa, którą objął Ray Chenez pochodzący z Ameryki, czy wreszcie nieco skromniejszy, ale bardzo obiecujący występ Artura Plinty w roli powiernika Kleopatry Nireno, któremu również powierzono różne działania aktorskie. Przy okazji jesteśmy świadkami rozmaitych technik wokalnych właścicieli takich „nienaturalnych” głosów, np. sposobów łączenia falsetu z niskimi tonami, rozwijania wysokich tonów na fermacie i umiejętności osiągania brzmiącego, ale delikatnego piana.
Wszystko to wypadło zdecydowanie dobrze, poza tym, że niektóre forte Sestusa i Ptolomeusza były nieco wrzaskliwe. Tłumaczymy to sobie w następujący sposób – były to role charakterystyczne. Prócz kontratenorów wystąpiły też głosy tradycyjne – dobry mezzosopran Kornelii Joanny Motulewicz, szczupłej, zgrabnej osoby, mogącej nawet konkurować z Kleopatrą, która to jednak pod względem muzycznym, aktorskim i ruchowym wybiła się w przedstawieniu na absolutne prowadzenie.

Dorota Szczepańska wciąż zmieniająca cieliste kreacje, peruki, obuwie i kokietująca wszystkich, nie tylko Cezara, kazała bacznie śledzić, co artystka będzie nam jeszcze miała do powiedzenia. Absolutnym hitem w jej wykonaniu była najbardziej znana aria Piangerò la sorte mia, która na długo pozostaje w pamięci.
Tutaj naturalna żywiołowość Kleopatry została uzupełniona o tkliwość i kobiecą czułość. No i zwracamy uwagę na zdrowy bas Artura Jandy jako dosyć brutalnego żołdaka Achilla, który źle kończy. Można też spojrzeć na operę Haendla jako widowisko, w którym nieustanne, zwrotkowe powtórzenia w każdej arii i podobne do siebie koloratury, nie nudziły, gdyż reżyser z choreografką Violettą Suską wypełniali czas rozmaitymi rewiowymi pokazami, nawet popularnym w latach 60. XX wieku hula-hopem, nie licząc zbiorowych popisów, jak z festiwali piosenki.
Natomiast autorka kostiumów Anna Sekuła dała upust znajomości gitowskiej subkultury poubieranej w nabijane ćwiekami (gotyckie) skafandry, zaraz potem wysuwając na prowadzenie błyszczące od cekinów stroje, ale także lekko prowokujące zachowania, z Parady Równości.

Równolegle do bardzo minimalistycznej scenografii oddziałuje postnowoczesna warstwa wyświetlanych animacji Adama Kellera. A tutaj pojawia się quasi- interaktywna sekwencja, gdy Sestus maluje dłońmi krwawy mural na ścianie współczesnej budowli. Nie da się ukryć, że Warszawska Opera Kameralna pokazała maksymalną sprawność, prężność i kreatywność zadając kłam pogłoskom, że źle się dzieje w królestwie Alicji Węgorzewskiej. Co prawda próbując sarkać na produkt o Cezarze i Kleopatrze dostrzeglibyśmy tutaj znamiona przechyłu w stronę kiczu. Tylko pytanie: czy to źle dla opery? Owacje każą się jednak zastanowić.
Joanna Tumiłowicz