Bo Engelbert Humperdinck, autor operowej baśni Jaś i Małgosia był zagorzałym wagnerzystą. Opracował nawet tetralogię Pierścień Nibelunga tamtego w zredukowanej instrumentacji dostosowanej do możliwości mniejszych teatrów (we Lwowie zdarzyło się, że w Złocie Renu była tylko jedna harfa, ale i jej w końcu zabrakło). Zresztą wątki baśniowe występują i w tamtym cyklu utworów.
W drugim akcie Zygfryda pojawia się szmer lasu, w którym drzemie na złocie Renu smok Fafner. U braci Grimm i w opartej na ich baśni operze Humperdincka czai się nie mniej groźna Baba Jaga w piernikowej chacie, której wizję roztacza w swym monologu Piotr, ojciec tytułowego rodzeństwa.
Partytura, po którą sięgali m.in. Richard Strauss, Gustav Mahler czy Herbert von Karajan, traktuje orkiestrę na sposób symfoniczny, między innymi w poprzedzającym drugi akt wstępie zatytułowanym Jazda czarownicy czyżby poprzez paralelę do Wagnerowskiego Cwałowania walkirii? Z kolei w scenie budzenia przez Małgosię Jasia na początku trzeciego aktu dosłuchać się można reminiscencji śpiewu Leśnego Ptaszka z przywołanego Zygfryda. Zarazem kompozytor ironicznie określał swoje dzieło jako Uroczyste przedstawienie świąteczne z izby dziecięcej (Kinderstubeweihfestspiele) jako parafrazę Uroczystego przedstawienia świątecznego dla teatru (Būhnenweihfestspiele), którym to mianem Wagner opatrzył swego „Parsifala“, przy którego pierwszym wystawieniu w Bayreuth asystował Humperdinck.
Nie mogłem być na łódzkiej premierze Jasia i Małgosi 1 czerwca, a więc w Dniu Dziecka, choć tradycyjnie, od prapremiery 23 grudnia 1893 roku w Weimarze utwór wystawiany bywa w okresie Bożego Narodzenia. Udało mi się za to wysłuchać zaledwie początek radiowej transmisji, która wydała się wszakże bardzo obiecująca. Dlatego teraz wybrałem się na to przedstawienie do Teatru Wielkiego w Łodzi.

Batutę od Rafała Janiaka przejęła Maria Fuller, która w pełni panuje nad dużym składem orkiestrowym, z pewnie brzmiącymi waltorniami, już na samym wstępie intonującymi chorałowy temat Anioła Stróża.
Wykazała się ponadto dużą wrażliwością pozwalającą z powodzeniem wydobyć utajoną w partyturze barwność instrumentacji. Krystalicznie czystym sopranem operowała Hanna Okońska w połączonych rolach Duszków: Piaskowego (Nocnego) i Porannej rosy (Dziennego). Najwięcej Wagnerowskich wpływów wokalnych występuje w partii Małgosi, zakrojonej bardziej na miarę heroin z dramatów muzycznych tamtego niż dziecięcą protagonistkę, a której sprostała Patrycja Krzeszowska. Znaczną urodą odznaczał się jej duet ze scenicznym bratem (Olga Maroszek), poprzedzający ich zaśnięcie. Z przyjemnością słuchało się też humorystycznych kupletów Piotra w ujęciu Arkadiusza Anyszki. Inscenizacja Natalii Babińskiej w dekoracjach i kostiumach Diany Marszałek utrzymana jest w dość tradycyjnej formie, w znacznej mierze nawiązującej do wyobrażeń dziewiętnastowiecznej fantastyki, jeśli nie liczyć efektownych projekcji na ekranie w głębi sceny.
Duże wrażenie wywiera przywołana opowieść Ojca o Babie Jadze, rozgrywająca się na tle krwistoczerwonej poświaty, w której skąpana zostaje scena. Skoro spektakl zaadresowany został przede wszystkim do młodej widowni, wychowanej nie tylko na japońskich animacjach, ale i grach komputerowych, może się to wydawać nieco anachroniczne.
Akurat w tym przypadku nie miałbym nic przeciwko uwspółcześnieniu, a całą przygodę z Babą Jagą można by potraktować jako zagubienie współczesnych Jasia i Małgosi w wirtualnym świecie, co w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby wykorzystać projekcje wideo czy szerzej multimedia.
Rozważyłbym też obsadzenie Jasia przez kontratenora, ponieważ powierzanie tej roli śpiewaczce wydaje się konwencją nieprzystającą już do obecnych czasów. Zresztą to właśnie w tym teatrze swego czasu Dariusz Paradowski wystąpił w roli Siebla w Fauście, mimo że Gounod pomyślał ją jako spodenkową czyli przeznaczoną dla kobiety. Ze względu na młodą publiczność utwór Humperdincka grany jest w polskiej wersji językowej, w przekładzie Krystyny Chudowolskiej i Józefa Rusznicy. A tak na koniec, to na tej operze wychować się musiał Arnold George Dorsey, skoro przybrał właśnie pseudonim Engelberta Humperdincka, choć zapewne inaczej wymawianego.
Lesław Czapliński