U progu nowego sezonu artystycznego spróbuję zająć się zjawiskiem, które obserwuję od dawna w dyskrecji i milczeniu oczekując, że ludziom odpowiedzialnym za losy polskiego teatru operowego opatrzność przywróci rozum, a władza zwierzchnia ześle opamiętanie.
Chodzi o status artystów – śpiewaków, którzy po wieloletnich studiach nad swymi możliwościami wokalnymi wkraczają w etap kariery artystycznej. Pół biedy, jeśli trafiają do chóru operowego. Tam mogą czuć się bezpieczni, bo zespoły te nie istnieją bez etatowego zatrudnienia. A więc ich członkowie zachowując dobrą formę wokalną i przyzwoicie wywiązując się ze swych obowiązków, mogą liczyć na stały etat w teatrze do wieku wręcz sędziwego.
Gorzej jest z solistami. Sięgając w głąb historii gatunku operowego, polskie sceny (i nie tylko) dysponowały zawsze gronem solistów dostosowanych do wymogów repertuarowych w ilości około 40 śpiewaków. Idealną proporcją było 10 sopranów, 6 mezzosopranów, 10 tenorów i po 7. barytonów i basów. Oczywiście, jeśli grało się spektakle od wtorku do niedzieli, co w wymiarze miesięcznym dawało 30 wykonań.
Obecnie na polskich scenach prawie nigdy nie przekracza się liczby 10 przedstawień miesięcznie, tłumacząc to znacznymi wzrostami kosztów, nawet przy stuprocentowej frekwencji. Próbuje się nie pamiętać, że traci na tym ta część publiczności, która chodzi do opery, a jej globalne koszty wcale nie są niższe.
Nadal głównym wyznacznikiem jakości teatru operowego jest jego repertuar, poziom wykonania i ilość cotygodniowych spektakli.
Powszechne narzekania artystów operowych na przerażająco niskie zarobki biorą się stąd, że ciągle zmniejsza się częstotliwość wychodzenia na scenę, od czego zależy wykonanie norm, a więc wynagrodzenia ponadnormowe, przy wręcz głodowych stawkach płacy zasadniczej.
Zupełnie innym problemem jest struktura kadrowa teatru operowego. Jego czołowym atutem, walorem i atrakcją było grono solistów, wśród których błyszczały gwiazdy objeżdżające w wolnych terminach również inne sceny. Wszędzie tam śpiewali na afiszu jako soliści wrocławscy (np. Halina Słoniowska, Janusz Zipser), poznańscy (Antonina Kawecka, Marian Kouba), krakowscy (Jadwiga Romańska, Kazimierz Pustelak), łódzcy (Delfina Ambroziak, Tadeusz Kopacki), bytomscy (Natalia Stokowacka, Bogdan Paprocki), czy warszawscy (Barbara Kostrzewska, Wacław Domieniecki), że ograniczę się tylko do lat 50. tych.
Nie opuszczając swych stałych zespołów stanowili oni chlubę miast z którymi się związali, a ich kariery promieniowały również za granicę. Posiadany kunszt, bogactwo repertuaru i bezcenne doświadczenie nie zdobyli przecież siedząc w domu, dorywczo koncertując, czy nawet ucząc się w szkołach muzycznych czy konserwatoriach. Wszystko czym dysponowali, co ukształtowało ich jakość artystyczną, pochodziło od startu i wieloletniej, codziennej pracy w macierzystych teatrach, gdzie nikomu nie przychodziło do głowy kwestionować zasłużonych mistrzów tej profesji: we Wrocławiu Franciszki Platówny, w Poznaniu Stani Zawadzkiej, w Krakowie Ewy Bandrowskiej-Turskiej, w Łodzi Wery Kuźmińskiej, w Bytomiu Franciszki Denis-Słoniewskiej, czy w Warszawie Wandy Wermińskiej.
Ówcześni dyrektorzy dbali o proporcjonalną obecność w swych zespołach trzech pokoleń solistów: nestorów (aby młodzież miała się od kogo uczyć tego, czego nie mogła dać im żadna szkoła), pokolenia średniego (najintensywniej eksploatowanego w repertuarze) oraz debiutantów (doskonalących się, czekając z niecierpliwością na okazję zastąpienia na scenie starszych kolegów).
Od pewnego czasu w polskim środowisku operowym proporcje te zostały najpierw zachwiane, a obecnie prawie wszędzie porzucone. Jeszcze w czasach mojej aktywności zawodowej liczba stałych solistów w kierowanych przeze mnie teatrach wynosiła właśnie mniej więcej 40 śpiewaków. Obecnie podjąłem się tytanicznej wręcz pracy obliczenia liczby solistów zaangażowanych na stałe w polskich teatrach operowych. Najlepiej jest w Bydgoszczy (ponad 30), ale z tzw. współpracami aż 64. W Bytomiu 24, w Krakowie i Łodzi po 18, w Poznaniu 17, w Szczecinie 8, w Białymstoku 6, a w Warszawskiej Operze Kameralnej i Operze Królewskiej po dwudziestu kilku.
Na zakończenie tych rozważań informuję, że od dłuższego czasu występuje w Polsce nadprodukcja śpiewaków z dyplomami akademickimi, której towarzyszy niestety minimalizacja zatrudnienia młodych solistów w naszych teatrach. Przoduje w tym Opera Narodowa, która pozbyła się już prawie wszystkich etatowych solistów. Wszelkiego rodzaju współprace nie rozwiążą tego trudnego problemu. Gwiazdy operowe nie rodzą się ani na niebie, ani w domowych pieleszach, ani w dorywczych kontaktach ze sceną, tylko w codziennej pracy teatralnej i symbiozie wszystkich trzech generacji: nestorów, pokolenia średniego i młodzieży.
Sławomir Pietras