Ostatnio mamy do czynienia z kolejnymi inwestyturami zagranicznych dyrygentów w polskich instytucjach muzycznych. W tym sezonie artystyczną pieczę nad wrocławskimi filharmonikami przejmie Christoph Eschenbach, urodzony przed 84 laty w tym mieście. Z tej okazji poprowadził ich w ramach koncertu zamykającego tegoroczny, LIX Festiwal Oratoryjno-Kantatowy im. Andrzeja Markowskiego „Wratislavia Cantans 2024“.

Program zawierał wyłącznie kompozycje Antona Brucknera w związku z przypadającą niedawno dwusetną rocznicą jego urodzin. W ostatniej chwili niefortunnie zmieniono kolejność utworów. A zatem pierwszą część wypełniła O (II) Symfonia d-moll WAB 100. Właściwie zawiera ona już wszystkie cechy stylu Brucknera, a nie przybiera jeszcze niekiedy monstrualnych rozmiarów jego późniejszych dzieł. Można się zatem dziwić, dlaczego się jej wyparł wraz z najwcześniejszą Symfonią f-moll. Powstała ona jako trzecia w kolejności, póżniej oznaczona przez kompozytora jako druga, wreszcie usunięta z przezeń numerowanych.
Przypomina to nieco przypadek Dvořáka, który uznał wyłącznie ostatnie pięć i dopiero potem przywrócono cztery najwcześniejsze, tak że ostatecznie ich liczba zamknęła się w dziewięciu. A także problemy z numeracją symfonii Schuberta. A zatem stopniowo wyłaniające się i narastające ostinato Allegra. Andante z kolei odznacza się już melodycznym właściwościami przyszłych wolnych ogniw, pozbawione wszakże ich niekiedy rozwlekłości. Osobiście wolę rozpędzone Scherza z jego wcześniejszych symfonii tak jak to właśnie, utrzymane w tempie Presto i nietypowo zakończone kodą.

Finałowe Moderato przeciwstawia chorałowemu tematowi bardziej „frywolny“, wywołujący skojarzenia że światem włoskiej opery, a na pierwszy plan wysuwa się technika kontrapunktu. Christoph Eschenbach ze swej strony zadbał o wyeksponowanie kontrastów tematycznych oraz wyrazistość przetworzeń, a wszystko to w celu nadania muzycznej narracji znacznej wartkości. W drugiej części słuchaliśmy III Mszy f-moll WAB 28. Muszę przyznać, że ta liturgiczna retoryka wydaje mi się dziś w znacznej mierze przebrzmiała i martwa. Być może wpływ na odbiór wywarło zbyt akademickie ujęcie przez Eschenbacha. Znamiona Brucknerowskiego Adagia posiada Benedictus, zdecydowanie najlepsze, a zarazem najkrótsze ogniwo. W Kyrie, którego motywy wykorzystał później kompozytor jako trzeci temat Allegra słuchanej wcześniej symfonii, i w Incarnatus z Creda pojawiają się dłuższe sola skrzypiec. Niewątpliwie imponuje opanowanie przez Brucknera sztuki kontrapunktu, co dochodzi do głosu w fugach wieńczących Glorię i Credo. Najsłabszą stronę wykonania stanowili soliści. Zwłaszcza sopran Marisol Montasalvo nie odznaczał się szczególną urodą. Wiele do życzenia pozostawiała jego barwa oraz spłaszczony tembr. Poza tym należało ustalić i konsekwentnie stosować jednolitą wersję fonetyczną łacińskiego tekstu: albo niemiecką (kiedyś przyjętą i w Polsce, z wymową w większości zgodną z zapisem) lub włoską (przenoszącą wstecz zasady współczesnej włoszczyzny i przez Polaków coraz częściej uważaną za światową i naśladowaną). A tak denerwowały rozbieżności w obrębie wokalnego kwartetu. Sądzę, iż odczucia byłyby inne, gdyby zachowano wcześniejszy układ programu, w którym msza poprzedziłaby symfonię, co zresztą odpowiadałoby chronologii ich powstania.
Lesław Czapliński