Przegląd nowości

Meandry muzycznej kobiecości

Opublikowano: wtorek, 03, wrzesień 2024 21:02

To miał być koncert żeńskiej muzyki, przy założeniu, że Beethoven też była kobietą. Niestety pomysł upadł z powodu niedyspozycji Heleny Grimaud, nie tylko poetki fortepianu, ale żarliwej działaczki ekologicznej i pisarki. Może źle się stało, że wybrano kompozycje twórczyń jeszcze sprzed urodzenia Grażyny Bacewicz, ale nie da się już tego odwrócić. Byliśmy przygotowani do odpowiedzi na pytanie – jaka jest ta żeńska muzyka i brzmiała ona – taka sama jak męska, tyle, że jest jej dużo mniej.

 

Meandry 1

 

W tym wypadku Kammerorchester Basel przygotowała do badania dwie mało znane kompozycje – Uwerturę C-dur Fanny Hensel, starszej siostry Feliksa Mendelssohna, oraz V Symfonię f-moll Emilii Mayer. Może zabrzmi to dziwnie, ale oba utwory miały coś właśnie z Mendelssohna, elegancję w tworzeniu tematów, gładkość wykończenia fraz oraz romantyczną inwencję. W Uwerturze Fanny Hensel tych pierwiastków Mendelssohnowskich było nieco więcej, ale i w solidnie skomponowanej V Symfonii Emilie Mayer one się pojawiały.

 

Meandry 2

 

Być może taki w danym okresie obowiązywał styl symfoniczny. Muzyka romantyczna pochodząca z Niemiec miała wówczas zarówno sekwencje tajemnicze i złowrogie, jak też emanujące spokojem oraz szczęściem. Nie wiemy, czy obie uzdolnione muzycznie panie znały się osobiście, jednak odebrały od życia zarówno solidne wykształcenie, jak też graniczące z pogardą szowinistyczne uprzedzenia męskiej części środowiska muzycznego. Emilie Mayer żyła dłużej i zyskała sobie poplecznika w osobach znaczących niemieckich twórców, w tym Carla Loewego. Jednak jej bogata twórczość symfoniczna nie była konkurencyjna na ówczesnym rynku koncertowym, czego dowodem był też koncert w ramach festiwalu Chopin i jego Europa.


Podziękowania należą się szwajcarskiej orkiestrze kameralnej, która przy tej okazji popisała się doskonałą dyscypliną i  solidnym, choć przecież kameralnym brzmieniem wydobywanym ze składu instrumentów zarówno historycznych, jak też współczesnych. Jej cechą było też dyrygowanie od pulpitu przez koncertmistrza Antonia Viñuales Péreza.

 

Meandry 3

 

On przy tej okazji wykazał się jeszcze ujawnieniem systemu wewnątrzorkiestrowej „samopomocy", gdy w trakcie trwania utworu zademonstrował płynną wymianę szwankujących skrzypiec na sprawne i następnie dostarczeniu instrumentu po naprawie. W drukowanym komentarzu do koncertu podano, że obie panie, Fanny i Emilia kształtowały swą wrażliwość muzyczną na dorobku nie tyle Mendelssohna, co Beethovena. W środku programu pojawił się więc jego IV Koncert fortepianowy G-dur op. 58, grany na współczesnym Steinwayu.

 

Meandry 4

 

Zamiast oczekiwanej Heleny Grimaud, okreśanej jako „poetka fortepianu” pojawił się w zastępstwie „czarodziej fortepianu” Francesco Piemontesi. Cudów jednak nie było. Artysta wykazał się doskonałą techniką pianistyczną, zdolnościami wirtuozowskimi, co zresztą narzucił sam Beethoven i wrażliwością na dostosowanie brzmienia do całkiem zdrowo dialogującej orkiestry. Było to granie eleganckie, ale jak najbardziej męskie, cokolwiek by to miało oznaczać. Gdy porównamy kreację Francesca Piemontesi z występem Tomasza Rittera, który ów Koncert Beethovena zagrał z (oh!) Orkiestrą, to odnaleźlibyśmy wiele różnic głównie emocjonalnych. Ritter był chyba lepszy w czymś, co nasza Noblistka określiła terminem „czuły narrator”. Jednak jedno i drugie wykonanie składało się na wielkość absolutną, której na imię Beethoven.

                                                                          Joanna Tumiłowicz