To miał być koncert żeńskiej muzyki, przy założeniu, że Beethoven też była kobietą. Niestety pomysł upadł z powodu niedyspozycji Heleny Grimaud, nie tylko poetki fortepianu, ale żarliwej działaczki ekologicznej i pisarki. Może źle się stało, że wybrano kompozycje twórczyń jeszcze sprzed urodzenia Grażyny Bacewicz, ale nie da się już tego odwrócić. Byliśmy przygotowani do odpowiedzi na pytanie – jaka jest ta żeńska muzyka i brzmiała ona – taka sama jak męska, tyle, że jest jej dużo mniej.
W tym wypadku Kammerorchester Basel przygotowała do badania dwie mało znane kompozycje – Uwerturę C-dur Fanny Hensel, starszej siostry Feliksa Mendelssohna, oraz V Symfonię f-moll Emilii Mayer. Może zabrzmi to dziwnie, ale oba utwory miały coś właśnie z Mendelssohna, elegancję w tworzeniu tematów, gładkość wykończenia fraz oraz romantyczną inwencję. W Uwerturze Fanny Hensel tych pierwiastków Mendelssohnowskich było nieco więcej, ale i w solidnie skomponowanej V Symfonii Emilie Mayer one się pojawiały.

Być może taki w danym okresie obowiązywał styl symfoniczny. Muzyka romantyczna pochodząca z Niemiec miała wówczas zarówno sekwencje tajemnicze i złowrogie, jak też emanujące spokojem oraz szczęściem. Nie wiemy, czy obie uzdolnione muzycznie panie znały się osobiście, jednak odebrały od życia zarówno solidne wykształcenie, jak też graniczące z pogardą szowinistyczne uprzedzenia męskiej części środowiska muzycznego. Emilie Mayer żyła dłużej i zyskała sobie poplecznika w osobach znaczących niemieckich twórców, w tym Carla Loewego. Jednak jej bogata twórczość symfoniczna nie była konkurencyjna na ówczesnym rynku koncertowym, czego dowodem był też koncert w ramach festiwalu Chopin i jego Europa.
Podziękowania należą się szwajcarskiej orkiestrze kameralnej, która przy tej okazji popisała się doskonałą dyscypliną i solidnym, choć przecież kameralnym brzmieniem wydobywanym ze składu instrumentów zarówno historycznych, jak też współczesnych. Jej cechą było też dyrygowanie od pulpitu przez koncertmistrza Antonia Viñuales Péreza.

On przy tej okazji wykazał się jeszcze ujawnieniem systemu wewnątrzorkiestrowej „samopomocy", gdy w trakcie trwania utworu zademonstrował płynną wymianę szwankujących skrzypiec na sprawne i następnie dostarczeniu instrumentu po naprawie. W drukowanym komentarzu do koncertu podano, że obie panie, Fanny i Emilia kształtowały swą wrażliwość muzyczną na dorobku nie tyle Mendelssohna, co Beethovena. W środku programu pojawił się więc jego IV Koncert fortepianowy G-dur op. 58, grany na współczesnym Steinwayu.
Zamiast oczekiwanej Heleny Grimaud, okreśanej jako „poetka fortepianu” pojawił się w zastępstwie „czarodziej fortepianu” Francesco Piemontesi. Cudów jednak nie było. Artysta wykazał się doskonałą techniką pianistyczną, zdolnościami wirtuozowskimi, co zresztą narzucił sam Beethoven i wrażliwością na dostosowanie brzmienia do całkiem zdrowo dialogującej orkiestry. Było to granie eleganckie, ale jak najbardziej męskie, cokolwiek by to miało oznaczać. Gdy porównamy kreację Francesca Piemontesi z występem Tomasza Rittera, który ów Koncert Beethovena zagrał z (oh!) Orkiestrą, to odnaleźlibyśmy wiele różnic głównie emocjonalnych. Ritter był chyba lepszy w czymś, co nasza Noblistka określiła terminem „czuły narrator”. Jednak jedno i drugie wykonanie składało się na wielkość absolutną, której na imię Beethoven.
Joanna Tumiłowicz