Niewątpliwie swoistym palimpsestem dla libretta Jana Chęcińskiego dla Strasznego dworu Stanisława Moniuszki są Śluby panieńskie Aleksandra Fredry, tyle że dotyczą mężczyzn, a z kolei postać Pana Damazego, sfrancuziałego totumfackiego Miecznika, ukształtowana została na podobieństwo Papkina z Zemsty. Jak nie doszło do skomponowania przez Chopina opery do libretta Mickiewicza, do czego namawiała paryska Emigracja, tak i do bezpośredniej współpracy Moniuszki z Fredrą, choć w młodości skomponował operetkę według komedii tamtego (Nocleg w Apeninach).

W ramach XX Festiwalu „Chopin i jego Europa“ i towarzyszącego mu cyklu prezentacji oper i kantat Moniuszki w wykonaniu formacji instrumentów historycznych Europa Galante pod dyrekcją Fabio Biondiego przyszedł czas na Straszny dwór. Włoski skrzypek i kapelmistrz zdecydował się na pełne poszanowanie dla partytury, a więc przedstawienie jej bez skrótów, z arią Hanny w wersji integralnej i następującym po niej duetem ze Stefanem oraz bez przestawiania Mazura na koniec (do tej pory z takim ujęciem mieliśmy do czynienia w archiwalnym nagraniu Jana Krenza z Bożeną Betley oraz Orkiestrą i Chórem Polskiego Radia w Krakowie). W przypadku tego dzieła można wytknąć pewną schematyczność w odniesieniu do budowy da capo większości numerów (Andrzej Żuławski w swojej inscenizacji z 1998 roku usunął te powtórzenia), co w omawianym wykonaniu stało się powodem do przerwania poprzez owacje arii Stefana „z kurantem“ po następującej po jej pierwszej części fałszywej kodzie. Inną cechą charakterystyczną są sola klarnetowe w intradzie, wstępie do tercetu W cichym domku oraz ustępie orkiestrowym towarzyszącym pojawieniu się Stefana i Zbigniewa w tytułowym strasznym dworze Miecznika. Fabio Biondi uznał, że utwór ten gra się w za szybkich tempach i ze swej strony wybrał wolniejsze, co dało się odczuć w przypadku kuligu utrzymanego w rytmie krakowiaka, który wskutek tego stracił nieco na swej charakterystyczności. Włoski muzyk już w intradzie skupił się na zarysowaniu różnych planów dźwiękowych w jej przebiegu, a później na wydobyciu złożoności i barwności orkiestracji dzięki zawartym w niej licznym ustępom solowymi fletów, oboju czy fagotów. Spośród obsady największe wrażenie wywarły na mnie głosy średnie i niskie. A więc przede wszystkim Artur Ruciński jako Miecznik. To typowy baryton verdiowski, tak zwany robusto czyli gęsty, nasycony alikwotami.
Sprawdził się nie tylko w polonezowej arii Kto z mych dziewek serce której, ale i w recytatywach oraz w ansamblach. Na drugim miejscu wymieniłbym niezawodnego Mariusza Godlewskiego, który z wydawałoby się drugoplanowej partii Macieja uczynił jedną z wiodących, sięgając po całą paletę środków wyrazu wokalnego, w tym falsetu, dla charakterystyki tej komicznej postaci. Pod względem tembru jego głos przypomina mi szlachetne brzmienie Andrzeja Hiolskiego, choć swego czasu w rozmowie że mną śpiewak odżegnywał się od tego rodzaju powinowactwa. Od najlepszej strony zaprezentowali się: Paweł Konik jako Zbigniew, choć to niezbyt wdzięczna rola, skoro nie posiada własnej arii, oraz Rafał Siwek użyczający głosu Skołubie nie tylko w popisowej dla basów arii Ten zegar stary.

Agata Szmidt w pełni sprostała partii Jadwigi. Cześnikowa w ujęciu Agnieszki Rehlis wydała mi się nieco przerysowana, czego nie da się powiedzieć w odniesieniu do Krystiana Adama Krzeszowiaka, mimo takowej praktyki wykonawczej w przypadku tej postaci. Liryczny tenor Petra Nekoraneca o dość matowej barwie okazał się nie w pełni odpowiadać tessyturze partii Stefana, zwłaszcza wysokie tony brzmiały niezbyt pewnie. Do pewnego stopnia podobny tembr posiada sopran Karen Gardeazabal jako Hanna, choć trzeba przyznać, że z powodzeniem podołała wymagającej technicznie arii Któraż, to któraż tej ziemi córa, wykazując się swobodą w zakresie krystalicznych znamion koloraturowych ozdobników. Zuzanna Nalewajek w epizodzie Starej Niewiasty z powodzeniem operowała niskim rejestrem piersiowym. W prologu miałem zastrzeżenia do anemicznej mocy chóru męskiego Opery i Filharmonii Podlaskiej, a zwłaszcza barwy głosów tenorowych. Ale concertata z ich udziałem na zakończenie pierwszych dwóch aktów odznaczały się już pełnym blaskiem, a autentyczną brawurą stretta w drugim przypadku. Podczas występów warszawskiego Teatru Wielkiego w latach sześćdziesiątych w Wiesbaden zaprezentowano między innymi Straszny dwór. Tamtejsza krytyka osądziła go jako „popłuczyny“ po Smetanie, którego Sprzedana narzeczona uchodzi do pewnego stopnia i za niemiecką operę narodową. Nie sprawdzono wszakże, że prapremiera tej ostatniej odbyła się w rok po operze Moniuszki. Może za sprawą Fabio Biondiego dokona się zmiana w zagranicznej recepcji tego dzieła? Na koniec warto wyrazić zdziwienie, dlaczego w Polsce nie ukształtowała się tradycją grania Strasznego dworu w Sylwestra, skoro akcja trzech aktów rozgrywa się w tym właśnie czasie.
Lesław Czapliński