Mimo że w ramach Festiwalu „Muzyka w starym Krakowie“ wystąpiła Orkiestra Akademii Beethovenowskiej. Holenderska pianistka Maxime Snaterse wraz z tym zespołem zagrała V Koncert fortepianowy Es-dur op. 73 jego patrona. Moją uwagę zwróciło touché artystki. Zwłaszcza muskające klawisze pianissimo w wysokich oktawach w Allegro ma non troppo, odznaczające się pod względem brzmieniowym lekko szklistą barwą.
W następnych ogniwach dobywane również z oktaw środkowych i niskich, oczywiście dźwiękowo o odmiennej już kolorystyce. A urzekło na sposób romantyczny kształtowanie frazy w Larghetcie, przydające mu nokturnowej aury o poetyckiej zadumie. Pod koniec ronda artyści wyraziście zaznaczyli charakterystyczne dla Beethovena wkradające się w tok ritardando (zwolnienie), po którym następuje accelerando (przyśpieszenie) zamykającej kody. Na bis artystka zagrała V Bagatelę z op. 126, zapowiadając ją jako „more Beethoven“, a co stanowiło niewątpliwie muzyczny anons recitalu jaki da pianistka już we wtorek.

W wykonanej na początek Uwerturze „Hebrydy“ op. 26 Felixa Mendelssohna brakowało mi większej dbałości o jakość brzmienia, zwłaszcza przy podwyższonej dynamice przybierającego nieco zgiełkliwy odcień. A zatem nie spodziewałem się większych olśnień, co najwyżej oczekując poprawności w słuchanej po raz nie wiadomo który IX Symfonii e-moll op. 95 „Z Nowego Świata“. I tu miłe zaskoczenie. Stefan Sanders, kapelmistrz z tegoż Nowego Świata, uruchomił cały potencjał artystyczny tkwiący w orkiestrze, wznosząc ją na wyżyny możliwości. Przede wszystkim konsekwentnie zarysował tematyczną spójność utworu (na przykład główny motyw intonowany przez waltornie, a powracający między innymi pod koniec Scherza).
W oparciu o nią budował dramaturgię przebiegu muzycznego, poczynając od prowadzącego do pierwszej kulminacji z kotłami wstępnego Adagia, a następnie rozwijając kolejne myśli tematyczne po charakterystyczne wspinanie się linii melodycznej skrzypiec i jej dramatyczne załamanie się i opadanie w Allegro molto i powtórzone w finale Allegro con fuoco, choć odpowiedniejszym dla niego określeniem byłoby appassionato.

Posiadając całościową wizję utworu, nie tracił z pola słyszenia nastrojowych detali z wysuwającymi się na pierwszy plan krótkimi solami, na przykład rożka angielskiego w Largo. Skądinąd Dvořák, będąc niezrównanym melodystą, niekiedy jakby zatrzymywał w uszach cudze zwroty jak opadanie łkających skrzypiec z zakończenia wstępu do trzeciego aktu Traviaty w Largo czy figuracje drzewa poprzedzające ostateczną konfrontację Carmen i Don Joségo w triu Scherza.

Dyrygent bardzo plastycznie operował dynamiką, modelując jej odcienie poprzez narastania i ściszanie, a przy tym oszczędnie korzystając z jej skrajności, choć w kulminacjach pozwalał sobie na nieodzowne fortissimo, wszakże solidnie osadzone w instrumentach, a zatem nie sprawiające wrażenie forsownego. W ujęciu Sandersa okazało się, że amerykańskość utworu nie zawiera się tylko w nazwie. Można się było bowiem dosłuchać dalekich reminiscencji motywów występujących również w twórczości tamtejszych kompozytorów, na przykład Charlesa Ivesa, a więc musiał Dvořák czerpać niektóre pomysły sięgając do tych samych źródeł. Dzięki takiemu podejściu do partytury słuchało się tego wykonania z niesłabnącą uwagą, jakby obcowało się z tym tak dobrze znanym dziełem po raz pierwszy.
Lesław Czapliński