Takie miano nosi Stowarzyszenie, które przed dziewiętnastoma laty powołało Europejskie Centrum Muzyki im. Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Z kolei akademiami w czasach Beethovena i Schuberta nazywano koncerty, których programy, w przeciwieństwie do obecnych, obejmowały w równej mierze muzykę orkiestrową, jak i kameralną oraz występy solowe, w tym wokalne.

Do nich właśnie nawiązano 17 sierpnia, kiedy zagrała Radomska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Jerzego Dybała w ramach Festiwalu „Emanacje“, zawdzięczającego swą nazwę tytułowi jednej z najbardziej radykalnych brzmieniowo kompozycji Pendereckiego. Drugą jego część wypełnił XIV Kwartet d-moll „Śmierć i dziewczyna“ op. posth. (D. 810) przywołanego Franza Schuberta w opracowaniu Gustava Mahlera na orkiestrę smyczkową.

Jego cztery części spajają obsesyjne powroty materiału tematycznego, a w drugiej pojawiają się reminiscencje z wcześniej powstałej pieśni pod tym samym tytułem do wiersza Matthiasa Claudiusa, dostarczającego treści programowych. Do każdego ogniwa muzycy i ich dyrygent dobrali nieco inne środki. I tak w Allegro operowali gradacjami dynamicznymi i wyszukaną agogiką (zmiany tempa), z ekspresyjnymi, wkradającymi się w tok zwolnieniami. W Andante con moto zwracała uwagę delikatna, zwiewna artykulacja, a w finałowej tarantelli w tempie Presto zróżnicowane wydobywanie dźwięku łączyło się z bogactwem odcieni dynamicznych.
Śmierć przywołana została również na samym początku, albowiem w pierwszej części wykonano – jak przystało na miejsce i obecność Wdowy – dwie kompozycje patrona. Naprzód złożone z dwóch ogniw Epitaphium Artur Malawski in memoriam na smyczki i kotły, powstałe po zgonie profesora, u którego Krzysztof Penderecki studiował (za nieopatrznie wyrażoną krytyczną opinię po prawykonaniu Wierchów tamtego musiał pisać potrójne i poczwórne fugi, co potem przydało się przy tworzeniu kompozycji liturgicznych).
Jego brzmienie odznacza się szorstką, dysonansową fakturą z dramatycznymi uderzeniami w kotły w momentach kulminacji muzycznej narracji. Utwór o elegijnym nastroju, ale dramatycznym przebiegu, momentami przywodził mi na myśl powstałą dla uczczenia ofiar Powstania Budapeszteńskiego Hungarię 1956 Malawskiego, co może było zamierzonym odniesieniem, zważywszy dedykację.

Jerzy Dybał niemieckim obyczajem, że kompozycje grane na początku po raz pierwszy, a w tym przypadku rzadko wykonywane, powtarza się na końcu, bisował zatem drugie ogniwo. Kolejnym punktem programu była właśnie muzyka kameralna – Duo concertante na skrzypce i kontrabas, które usłyszeliśmy w interpretacji ukraińskiego skrzypka Maksyma Brylinśkiego i Jerzego Dybała, grających na tych instrumentach w orkiestrze Opery Wiedeńskiej, poza nią przybierającej miano Wiener Philharmoniker.
To utwór z roku 2010 i zrazu rozwija się imitacyjnie. W partii kontrabasu dają znać o sobie efekty artykulacyjne z okresu sonorystycznego w postaci uderzeń dłońmi o pudło rezonansowe, a pod koniec pojawiają się motywy quasi-huculskie, zapowiadające już III Kwartet smyczkowy „Kartki z nienapisanego dziennika“.
Ukraiński skrzypek Maksym Brylinśky, jak dla mnie, dał się poznać z najlepszej strony w muzyce Pendereckiego, operując nośnym dźwiękiem i odznaczając się techniczną swobodą. Jak mi opowiadała wdowa po Stanisławie Wiechowiczu, u którego Penderecki kontynuował studia i uzyskał dyplom, panował wtedy obyczaj, że jak kompozytor nie był zadowolony z wykonania, to wysyłał do muzyków żonę, co oznaczało, iż nie wszystko było po jego myśli.

Po wczorajszej interpretacji Duo sądzę, że, gdyby Krzysztof Penderecki żył, to by osobiście pogratulował obydwu artystom. Po Pieśni Roksany z Króla Rogera Karola Szymanowskiego, w transkrypcji Pawła Kochańskiego głosu wokalnego na skrzypce, zabrzmiało opus 40 autora tej opery czyli opracowanie Trzech kaprysów Niccolò Paganiniego, do których dopisany został fortepianowy akompaniament wzorem Roberta Schumanna, który podobnie postąpił wobec Sonat na skrzypce solo Johanna Sebastiana Bacha. Z kolei Brylinśky dokonał jego transkrypcji na orkiestrę. Przyznam się szczerze, iż te punkty programu wywarły na mnie mniejsze wrażenie, ale koncert jako całość beż wątpienia zasługiwał na trud wyprawy do Lusławic.
Lesław Czapliński