Koncert (oh!) Orkiestry pod kierownictwem Martyny Pastuszki to było wydarzenie nie tylko muzyczne, ale także emocjonalne i stylistyczne. Niby koncert zawierał trzy utwory z solidnej klasyki: Jarzębski – Beethoven – Mozart, ale czuło się w powietrzu nastrój jakiejś prawie rockowej rozrywki, jakiegoś show, gdzie chociaż grana jest poważna muzyka z przełomu XVIII i XIX wieku, ale reguły jej prezentacji są zaczerpnięte z wydarzeń klubowych, gdzie publiczność reaguje spontanicznie, gdzie są w trakcie wykonywania owacje i śmiechy, gdzie można nawet tupnąć nogą i zrobić pocieszną minę.

Już obecność liderki zespołu i jego dyrygentki, która nie dosyć, że nie chciała usiąść na krześle i wolała kręcić się po scenie, to jeszcze założyła trochę prowokacyjny strój odsłaniający gołe ramiona i plecy. Stwierdziła ona w wywiadzie, że Chopin i jego Europa to przestrzeń dla eksperymentowania na bardzo wysokim poziomie i to się w pełni sprawdziło.
Już początkowy V Koncert skrzypcowy Feliksa Janiewicza zapowiadał nieszablonowe podejście do utworu z epoki Mozarta i Beethovena, bo w końcowej części pojawiły się rytmy węgierskie, które zagrano z przytupem, jak na koncertach klezmerów. Natomiast sama kreacja Chouchane Siranossian, specjalizującej się w wykonawstwie barokowym nie sprawdziła się zachwycająco w dziele z epoki późniejszej. Znakomite starowłoskie skrzypce nie tworzyły wspaniałej aury dźwiękowej, właściwie niczym nie wyróżniały się na tle orkiestry i jej liderki Martyny Pastuszki.

Po zamianie klawesynu na zabytkowy fortepian znaleźliśmy się w innym świecie za sprawą Tomasza Rittera. Wprowadził on konsekwentny ciąg zdarzeń muzycznych, które opowiadały logiczną, ale jakże piękną historię mającą zgodnie z klasyczną formą trzy epizody. Pierwszy był dowodem siły i sprawności, która jednak nasuwa szereg problemów, drugi obrazem zamyślenia, a trzeci taneczną zabawą.

IV Koncert fortepianowy Ludwiga van Beethovena grany na zabytkowym instrumencie nie stracił nic ze swej urody, a zyskał dodatkowe odcienie emocjonalne. Jedna ze słuchaczek powiedziała nawet, że dzięki Tomaszowi Ritterowi po raz pierwszy tak dobrze zrozumiała, o co chodziło kompozytorowi w tym utworze, była też od początku do końca zainteresowana kolejnymi muzycznymi zjawiskami na linii solista-orkiestra. Wspaniałe wrażenia związane z utworem Beethovena zostały przypieczętowane finałowym występem pianisty jazzowego Makoto Ozone, który grubo po 40-tce zaczął także grać klasykę.
W tym wypadku był to IX Koncert fortepianowy W.A. Mozarta KV 271, zagrany na jeszcze innym instrumencie, ale tylko lekko-pół-średnio zabytkowym. Oczywiście Ozone nie byłby sobą, gdyby pozostawił publiczności „czystą” wersję wdzięcznego i radosnego w częściach skrajnych utworu Mozarta. W każdej części – Allegro, Andantino i Rondo Presto – wprowadził całkiem osobiste i oryginalne kadencje.

Rzadko w pierwotnym tekście dodawał jakieś istotne zmiany burzące mozartowską narrację, nie próbował np. dodatkowymi trylami czy ozdobnikami „upiększać” klasycznej frazy, co niestety staje się coraz bardziej plagą wśród niektórych solistów, natomiast w wydzielonych kadencjach przenosił akcję utworu w czasy jemu bliższe, w zaułki współczesnych miast, a w nostalgicznej części środkowej pozwolił sobie nawet „zejść do piekieł”, co zdradzała szczególnie wyrazista mimika.

Orkiestra Martyny Pastuszki miała przygotowane na ten czas specjalne „protezy” składające się z długich, ciągnionych akordów. Ale największe poruszenie wzbudził kontrabasista zespołu, który już całkiem indywidualnie włączył się do improwizacji japońskiego solisty i dał popis swojej jazzowo-klubowej wyobraźni. Tutaj już z gromkim entuzjazmem odezwała się zgromadzona publiczność. Pękł mur filharmonicznej poprawności, ale Mozarta przy tej okazji nie zadeptano. Wrócił w końcówce, żywotny, radosny, filuterny, tak jak sam Makoto Ozone, szczęśliwy, że zabawa się powiodła.
Joanna Tumiłowicz