Baltic Opera Festival zakończył się drugim wykonaniem Turandot Giacomo Pucciniego. Wcześniej publiczność licznie zgromadzona w Operze Leśnej w Sopocie wysłuchała wznowienia Wagnerowskiego Holendra Tułacza, którego gwiazdą w zeszłym roku był znakomity baryton Andrzej Dobber, a w tym liczono na kreację Tomasza Koniecznego, naszego czołowego bas-barytona i Wagnerysty, a przy tym pomysłodawcy całego wydarzenia. Kreacja nastąpiła, choć wypadła połowicznie szczęśliwie.

Przed Uwerturą ogłoszono, że śpiewak ma problemy głosowe, mimo to zdecydował się wystąpić na scenie. Rozwiązanie problemów głosowych Tomasza Koniecznego było przedsięwzięciem tyleż oryginalnym, co skomplikowanym. Przy tej okazji skorzystano z niekiedy stosowanej formuły, podano bowiem nazwisko zastępcy, dając do zrozumienia, że jeśli... kłopoty będą się nasilały...
Dowiedzieliśmy się, że przygotowany zmiennik to ukraiński bas-baryton Oleksandr Pushniak. A potem, w akcie II w zaciemnionym rogu sceny ukazała się zwalista sylwetka dublera ubranego zresztą w taki sam kostium, który niczym jakiś duch Holendra Tułacza, ponoć także będącego duchem, wspierał go swoim głosem. To był bardzo dobry baryton, choć o mniej wyrazistej i jaśniejszej barwie. Konieczny po znakomitym „psychopatycznym” odśpiewaniu wielkiej arii z I Aktu dalej pełnił swą dramatyczną rolę, nawet rytmicznie poruszał ustami, co w śpiewaczym slangu określa się „metodą karpia”. Cóż z tego – uwaga zwrócona była teraz na dublera, który specjalnych ruchów nie wykonywał oparty o ciemną dekorację, „tylko” śpiewał. W takiej sytuacji można się było zająć obserwacją pozostałych wykonawców.
Daland – Rafał Siwek udawał połamanego życiem kapitana żaglowca i ładnie prowadził swój głos, który jednak w niskich partiach nie miał takiego wolumenu, co bas-baryton Tomasza Koniecznego z I Aktu. Erik Dominika Sutowicza doskonale odpowiadał postaci zaniepokojonego kochanka Senty, któremu jakiś „obcy” zamierza odebrać narzeczoną. W sumie to właśnie Erik doprowadza do tragedii, bo Holender Tułacz nie toleruje żadnej konkurencji w sprawach męsko-damskich i „spływa” na morze, a Senta się zabija.
Tragedia Senty miała wcześniej swoją niewielką zapowiedź „techniczną", bo wózek ze szmacianymi lalkami zostaje przypadkowo uszkodzony (chyba przez zbyt nerwowe ruchy Erika), a śpiewacy na scenie nie potrafili przyczepić odpadających kółek. Erik więc jedną ręką ciągnął dyszel, a drugą podtrzymywał wózek.
Nic nie umknęło naszej uwagi, także skandaliczne opilstwo sternika, czyli dobrego tenora Rafała Barmińskiego, który tak ostentacyjnie pociągał z butelki, że w końcówce kilka razy wypadali z rytmu nawet chórzyści z Opery Bałtyckiej, i temu nie mógł zaradzić nawet dyrygent Yaroslav Shemet, zwykle zbierający tylko entuzjastyczne recenzje. W tej sytuacji wszystkie plusy dodatnie zebrała wykonująca rolę Senty śpiewaczka z Litwy Vida Miknevičiūtė. Jej głos mocny i dźwięczny, choć nie wydawał się szczególnie szlachetny w barwie, przykrywał jednak różne niedostatki w pozostałych momentach przedstawienia. Ona potrafiła dramatyczne forte przenieść w takiej samej barwie na najwyższe tony, świetnie też oddawała aktorsko charakter naiwnego dziewczątka, które czeka na księcia z bajki, więc chłopak z sąsiedniej chaty nie jest dla niej żadnym celem życiowym.
A dodatkowo mogła swoją urodą przyćmić niejedną tytułową postać, choćby Księżniczki Turandot. Ciekawe jak poradziłaby sobie z tą ekstremalnie trudną partią u Pucciniego. Vida Miknevičiūtė była jednak tylko ozdobą obsady Holendra, który w stosunku do wystawienia ubiegłorocznego został wzbogacony o dodatkowe efekty akustyczne, poprzez umieszczenie w kilku punktach obszaru Opery Leśnej muzyków grających na rogach i dodatkowe efekty świetlne. Gra ruchomymi i zmieniającymi kolory reflektorami stanowiła zatem jeden z ważnych wizualnych walorów obu przedstawień operowych, Holendra Tułacza i Turandot.

Tu oczywiście trzeba pochwalić Waldemara Zawodzińskiego, reżysera i scenografa w jednej osobie, oraz znakomitego reżysera świateł Bogumiła Palewicza. Nie należy też skąpić w zachwytach dla Ukrainian Freedom Orchestra i prowadzącej całość kanadyjsko-ukraińskiej artystce Keri-Lynn Wilson. Opera Turandot jako widowisko z doskonałą muzyką robiła olbrzymie wrażenie.

Proste wachlarze i szpilki do włosów stanowiące główną dekorację sceny spełniały swoją rolę ciągle poddawane zmiennym nastrojom zgodnie z rozwojem akcji. Dodatkową atrakcją było bardzo dynamiczne pokierowanie chórem i tancerzami przybyłymi z Teatru Wielkiego w Łodzi. Choreografię do takich popisowych sekwencji także wymyślili artyści łódzcy – Joshua Legge i Gintautas Potockas. Przepyszne procesje dworu księżnicki Turandot mogły zrobić wrażenie nawet na najbardziej sceptycznych widzach, a lepszej oprawy muzycznej dla tych scen niż muzyka Pucciniego jeszcze nikt nie stworzył, nawet w Hollywood.
Kiedy więc w otoczeniu celebransów pokazuje się wreszcie sama księżniczka napięcie sięga zenitu. I tutaj przydałby się głos, który powaliłby swym wolumenem wszystkich poddanych. Liudmyla Monastyrska ma za sobą występy w samej Metropolitan Opera w Nowym Jorku i dysponuje odpowiednim głosem do tej partii. Może zdecydowanie i mocno położyć niskie tony i wspina się swobodnie w górne rejestry.

Szkoda, że te najbardziej popisowe wysokie „c”, które w jej arii pojawia się siedem razy, są atakowane na płasko i robią wrażenie jaśniejszych niż pozostałe dźwięki. Może to wina delikatnego nagłośnienia. Jej przyszły małżonek Kalaf – Martin Muehle – jednak miał owo „c” bardziej imponujące. Ubrany dosyć skromnie, w jakiś ciemny surdut, umiejętnie pokazywał swoją pracę myślową przy odpowiadaniu na trzy karkołomne zagadki.

Napięcie potęgowały mrugające światełka ukryte pomiędzy drzewami lasu otaczającego Operę. Najlepiej na całym Baltic Opera Festival wypadł Rafał Siwek, bo wystąpił w obu „leśnych” operach – w Turandot kreował rolę starego Timura. W trójce przyjaciół Ping, Pang i Pong – groteskowo zabawnych urzędników dworskich – na czoło wybijał się Ping – Tomasz Rak. Nie możemy też zapomnieć o świetnie zaśpiewanej partii nieszczęsnej Liu, którą wykreowała gwiazda największych polskich scen – Izabela Matuła. Owacje po zakończeniu przedstawienia były tak duże, że artyści powinni chyba zabisować. Szkoda, że telewizja tego nie pokazała.
Joanna Tumiłowicz