W ramach imprez towarzyszących wystawie SURREALIZM, INNE MITY w Muzeum Narodowym w Warszawie uczestnicy i organizatorzy postawili na nieskrępowaną wyobraźnię, bo postanowili zorganizować w przestrzeniach tej szacownej instytucji prawdziwy bal.

Obowiązkiem uczestników był surrealistyczny kostium zaś organizatorzy udekorowali surrealistycznymi rekwizytami wnętrze oraz zapewnili surrealistyczną muzykę. Dekoracje w sporej mierze składały się ze sztućców, piórek, ale były też np. męskie krawaty, akcesoria toaletowe czy ramy obrazów. Scenografię firmowała Marta Kaczmarek. Sala głównego foyer była też odpowiednio nagłośniona i oświetlona (Mikołaj Szulczewski). Koncepcję całości przygotowała Alicja Latkowska z zespołem Muzeum Narodowego. Goście też pokazali na co ich stać.
Część wyciągnęła z lamusów jakieś karnawałowe gadżety, lub kupiła co straszniejsze plastikowe maski halloweenowe i inne nieoczywiste nakrycia głowy, ale wielu odważniejszych postanowiło dać upust swojej własnej fantazji i wyobraźni, która częściej jest surrealistyczna niż abstrakcyjna.

Ktoś wyciął z pudełka po pizzy kartonowy środek i założył na głowę. Brodacz z obfitą czupryną dorobił z witek jakby aureolę wokół głowy i narzucił na plecy barwną zasłonę, jakby płaszcz Stworzyciela. Było wiele kapeluszy oddających kształt jakiegoś zwierza, niedźwiedzia, świni, żaby, ryby. Jedna z pań miała całą francuską bagietkę na czubku fryzury, wiele było głów ozdobionych uciętymi rączkami, ale zdarzył się i niewielki torcik ze świeczkami. Pisząca te słowa przywdziała białą fantazyjną konstrukcję sugerującą zakonny welon, a efekt wzmocniła białym kołnierzem w stylu Szarytek.
Niektórzy nakładali coś przeźroczystego by ich głównym kostiumem stało się nagie ciało, zresztą wieczór był piękny i ciepły, ale nie zabrakło też panów butach na wysokim obcasie. A co z muzyką? Na początku balu zaoferowano uczestnikom dwa koncertowe wydarzenia z gatunku ethno.

Pierwszą część wypełniła Włoszka Francesca Guccione, która przyniosła skrzypce, ale większość jej muzyki w stylu minimal płynęła z taśmy. Mimo, że jest wykształconą skrzypaczką nie zależało jej na wirtuozowskich popisach. Istotą występu było okazjonalne włączanie pojedynczych tonów lub ostinat skrzypcowych do prostych brzmień stworzonych przez elektroniczne syntezatory. Artystka jest pracownikiem naukowym w Katedrze Muzyki Stosowanej do Obrazów Konserwatorium z Rovigo. To eksperymentalna ścieżka rozwoju muzyki, skierowana w sporej mierze na potrzeby filmu.
Francesca znana jest z tego, że tworzy oryginalne kompozycje na skrzypce oraz analogowe syntezatory Mooga, zaś naukowo zajmuje się obecnie spuścizną przedwcześnie zmarłego Islandczyka, kompozytora alternatywnego Jóhanna Jóhannssona. Do jej dosyć statycznego i w sumie mało intensywnego recitalu pasuje określenie używane też do charakterystyki twórczości Jóhanna Jóhannssona – „To coś pomiędzy nastrojową muzyką klasyczną a eksperymentalnymi ścieżkami dźwiękowymi”.

Po solowym występie Francesci Guccione na estradzie znalazła się polska grupa Księżyc składająca się z dwóch wokalistek ethno, Agaty Harz i Katarzyny Smoluk-Moczydłowskiej, które również posługiwały się różnymi wydającymi dźwięki przedmiotami, przez co przybliżały nas do odgłosów natury. Do zespołu należał także akordeonista-klawiszowiec, skrzypek i lirnik oraz ktoś na kształt klarnecisty-perkusisty.
Efekty muzyczne osiągane przez Księżyc wymagały od słuchaczy przychylności i wyobraźni, ale z pewnością takie nastawienia opłaciły się, bo dzięki temu przenieśliśmy się w trochę inną rzeczywistość, mniej opartą na sztucznych syntezatorach, bliższej naturalnemu otoczeniu i głosom przyrody.

Genezą zespołu Księżyc był śpiewany a capella folklor, słowiańska muzyka ludowa z Ukrainy, Bułgarii, Polski i Białorusi. Potem zakres emocjonalny i tematyczny rozszerzył się. Ktoś zauważył, że nowsze produkcje przypominają obrazy Witolda Wojtkiewicza, malarza okresu Młodej Polski, uważanego niekiedy za prekursora surrealizmu. W utworach zespołu tak jak na obrazach snują się śpiewające dziewczynki, po dziecięcemu delikatne, ale w dorosły sposób doświadczające dolegliwości życia. Czasem wzdychają, a niekiedy przeraźliwie krzyczą. Zaproszenie Księżyca na Bal Surrealistyczny trzeba więc uznać za strzał w dziesiątkę. A po zmianie sprzętu nagłaśniającego estradę wzięli we władanie „zwyczajni” didżeje, co już z Wojtkiewiczem czy Salvatorem Dali nie mieli zbyt wielu wspólnych tematów.
Joanna Tumiłowicz