Jubileuszowy koncert XX Festiwalu Muzyki Polskiej oraz Sinfonietty Cracovii z okazji trzydziestolecia jej istnienia zbiegł się ze stuleciem urodzin wybitnej kompozytorki Krystyny Moszumańskiej-Nazar, która podtrzymywała honor nowoczesnej muzyki, kiedy krakowskie środowisko, podążając za Krzysztofem Pendereckim, pogrążało się w epigońskim ożywianiu późnego romantyzmu. Jej wczesna, pochodząca z 1962 roku trzyczęściowa Musica per archi wciąż brzmi nowatorsko (artystka otrzymała za nią w tym samym roku I Nagrodę na Konkursie dla kompozytorek w Buenos Aires - tak, tak, była taka segregacja, co sama laureatka odczuwała podobno jako niezbyt pochlebną).
Za sprawą rozszerzonej artykulacji, zwłaszcza w trzeciej części odwołującej się do efektów quasi-perkusyjnych, trzyma słuchacza w nieustannym napięciu. Przeczy opinii, że muzyka operująca środkami natury sonorystycznej ogranicza się do ich zestawiania, albowiem Moszumańska tworzy za ich pośrednictwem rozbudowaną formę, posiadającą wyrazistą i konsekwentną dramaturgię.

Utwór ze wszech miar zasługuje na trwałą, a nie tylko okolicznościową obecność w repertuarze smyczkowych zespołów. To była muzyka drugiej połowy dwudziestego wieku. Tego wieczora zabrzmiała i ta najnowsza. Odbyło się mianowicie prawykonanie Ukiyo-e 6 Marcela Chyrzyńskiego. Tytuł oznacza obrazy unoszone z nurtem upływającego czasu i pierwotnie dotyczy sztuki barwnych drzeworytów japońskich. Kompozytor wykładający w Seulu, fascynuje się i inspiruje sztuką Dalekiego Wschodu. A przygoda z tymi instrumentalnymi obrazami rozpoczęła się w 2012, kiedy powstał przeznaczony na smyczki pierwszy utwór z tego cyklu. Kolejne przeznaczone były na różne składy koncertujące: flet, wiolonczelę, potrójny, złożony z klarnetu, waltorni i fortepianu oraz klarnet.
Ukiyo-e 6 to właściwie dwuczęściowy koncert skrzypcowy przedzielony wirtuozowską kadencją. Zwłaszcza pierwsza część rozwija się bardzo wolno, stopniowo ewoluując i w partii orkiestrowej skupiając się przede wszystkim na wywołaniu odpowiedniej aury dźwiękowej. Po kadencji przebieg muzyczny przyśpiesza, choć rządzi się podobnymi zasadami organizacji materiału muzycznego. Jako solista wystąpił Maciej Lulek, koncertmistrz Sinfonietty.
Dwóm pozostałym utworom niezbyt sprzyjała akustyka Studia Radia Kraków, w którym odbywał się omawiany koncert. O ile w przypadku kompozycji Moszumańskiej-Nazar jeszcze tylko wyostrzyła jej brzmieniową drapieżność, o tyle w odniesieniu do późniejszych o trzy lata Paroles tissées Witolda Lutosławskiego do poezji Jeana François Chabrune'a zagubiła się subtelność, przejrzystość i kolorystyczna migotliwość instrumentacji tego twórcy. Tytuł oznacza „tkane słowa“. Tym razem były one raczej drutowane.
Tenorowy śpiew brzmiał dość forsownie. Podobnie było w zagranej na koniec Serenadzie op. 31 Benjamina Brittena. W nieunikniony sposób przed uszyma pamięci ożywało wspomnienie Petera Pearsa, ich pierwszego i niedościgłego interpretatora. Wszystkie wspomniane niedociagnięcia zrekompensował w dwójnasób fenomenalny waltornista angielski Ben Goldscheider. Wbrew opinii pewnego warszawskiego pedagoga, że na tym instrumencie nie da się grać czysto, nie tylko intonacja była perfekcyjna, ale i kształtowanie barwy dźwięku i jego dynamiki, a w uszach długo jeszcze wybrzmiewało, niczym w przypadku rogu Wojskiego, jakby jego echo dobiegające w finale z oddali, zza kulis. Koncert poprowadziła Katarzyna Tomala-Jedynak, obecna dyrektorka artystyczna Sinfonietty Cracovii.
Lesław Czapliński