Pisarza przeżywającego twórczą niemoc nawiedza senny koszmar, że budzi się w PRL-u, kiedy jeszcze spektakularny gest artysty mógł wstrząsnąć politycznym firmamentem. Na przykład list 34 literackich „chudopachołków“ władza potraktowała jako osobistą zniewagę. A zatem dzięki propozycji przyjaciół z artystycznego środowiska, by w proteście przeciwko sytuacji w kraju dokonał aktu samospalenia przed warszawskim Pałacem Kultury, może na powrót przypomnieć światu o swoim istnieniu.
Dziś żywot takiego performensu byłby krótkotrwały (38 lat po ukazaniu się powieści Tadeusza Konwickiego w przywołanym przez niego miejscu czynu tego dokona Piotr Paweł Szczęsny), bądź w społeczeństwie spektaklu zbanalizowany w ramach wykorzystania do swoich celów przez kulturę masową.
W Piłacie i innych, filmie Andrzeja Wajdy, przywołanego zresztą w powieści i omawianym spektaklu pod postacią reżysera Władysława Bułata i jego Transfuzji (aluzja do Bez znieczulenia tamtego), ulicami wielkiego miasta przeciąga orszak z Jezusem niosącym krzyż, ale nikt nie zwraca na to uwagi, sądząc zapewne, że to kolejna akcja promocyjna. Aliści nie ma sensu ożywiania historycznej fabuły bez korespondencji z dzisiejszymi czasy (Costa-Gavras w swej ekranizacji z początku lat 90. przeniósł to auto da fé sprzed warszawskiego Pałacu Kultury, w którym trwa zjazd komunistów, na rzymski plac św. Piotra w czasie audiencji generalnej).
Na taki zamiar wskazywać mógłby tytuł przedstawienia w krakowskim Narodowym Teatrze Starym im. H. Modrzejewskiej w reżyserii Waldemara Raźniaka. Na przodzie sceny mamy, niczym w Kartotece Różewicza, łóżko bohatera i anachroniczną maszynę do pisania obok niego, co sugerować może oniryczny lub wspomnieniowy status przesuwających się wydarzeń.
Być może Tadeusza K., mającego wiele wspólnych rysów z Kafkowskim Józefem K., dręczy poczucie winy, że w chwili próby zawiódł i nie sprostał pokładanej w nim nadziei ze strony otoczenia, i dlatego pragnie to przeżyć raz jeszcze. Mamy bowiem sceniczny melanż realiów dwudziestopierwszowiecznych i peerelowskich (spodnie w modnym wówczas kolorze bahama yellow – kost. Barbara Guzik), ale światła wielkiego miasta należą już do innej perspektywy czasowej (dek. Barbara Guzik).

Mamy do czynienia z teatrem bogatym w środki inscenizacyjnego wyrazu. Wywierają wrażenie efektowne sceny zbiorowe z krzyżującymi się światłami (reż. światła: Ada Bystrzycka), dymami. Ponadto do akcji wprzęgnięte zostały multimedia (wideo: Tadeusz Pyrczak), dla których nie znalazłem wszakże większego uzasadnienia, poza tym, że tak czynią wszyscy. Chyba, że jak mikroporty ułatwiają słyszalność, tak zbliżenia twarzy aktorów na telebimach czynią bardziej przystępną dla widzów ich mimikę.
Skądinąd największe wrażenie wywierają właśnie kameralne sceny, albowiem, jak w Krzyku Antonioniego, bohater stara się utwierdzić w swej desperackiej decyzji poprzez spotkania z kiedyś ważnymi dla siebie osobami, w tym być może dawnymi miłościami. A więc z przyjaciółką i cenzorką oraz osiadłą w Polsce Rosjanką Nadieżdą, w których przypadku nastapiło w stosunku do pierwowzoru odwrócenie płci, korzystne ze względu na obsadzenie w tych rolach znakomitych aktorek: Anny Radwan i Doroty Segdy.

Z udziałem tej ostatniej rozegrana została nastrojowa scena z dwojgiem na huśtawce. Mistrzowski epizod w wielkim stylu stworzył Zbigniew Kosowski jako towarzysz Kobiałka. Nie przeszkadza mi, że prawie cały czas towarzyszy spektaklowi oprawa muzyczna Karola Nepelskiego, z którym łączy Raźniaka stała współpraca, na przykład w związku z operą tamtego Solaris.
Tworzy ona odpowiednią aurę wciągającą widzów w świat powstający na scenie. Jego iluzji nie narusza umieszczenie na niej, pośród aktorów, wzorem obyczajów z czasów Molière'a, części widzów. Wydaje mi się jednak, że przedstawienie zyskałoby, gdyby zostało skondensowane i trwało o połowę krócej, co przydałoby mu większej spoistości, a i wspomnianym ustępom większej wyrazistości. Pierwotnie sezon Starego Teatru uwieńczyć miała adaptacja Mannowskiej Czarodziejskiej góry w inscenizacji Waldemara Raźniaka. Ostatecznie reżyser wybrał na zakończenie swojej dyrekcji sceniczną wersję powieści Tadeusza Konwickiego Mała Apokalipsa.
Lesław Czapliński