... ale dla dobra przybranego kraju, którego została królem (sic!), na przekór intrygom Konrada, wielkiego mistrza krzyżackiego, wybrała Litwina. W 1814 roku, 23 grudnia miała miejsce prapremiera poświęconej jej osobie opery Karola Kurpińskiego do libretta Juliana Ursyna Niemcewicza. Towarzyszyły jej polityczne spekulacje, iż być może Kongres Wiedeński wskrzesi Rzeczpospolitą Obojga Narodów pod berłem cara Rosji.

Rachuby te nie spełniły się, ale polska muzyka zyskała pierwszą wielką operę historyczną, składającą się wszakże nie tylko z numerów muzycznych, ale i mówionych dialogów. Poza Warszawą zagrano ją również w Wilnie, w Krakowie i w Poznaniu. Szczęśliwie zachowały się kompletne materiały nutowe. Po latach przywróciła ją do repertuaru Maria Fołtyn, wystawiając w warszawskim Teatrze Wielkim w 1985 roku, przy czym uzupełniono partyturę o utwory z epok odpowiadających akcji, mimo że ona sama nie nosi najmniejszych znamion archaizacyjnych. Wręcz przeciwnie, wychodzi naprzeciw współczesnej sobie kulturze muzycznej, asymilując niemieckie i włoskie wpływy muzyczne.
Dają one znać o sobie już w uwerturze w typie francuskim, a więc złożonej z dwóch ogniw: fanfarowego, intonowanego przez trąbki, których temat podejmują następnie wiolonczele, oraz kontrastowego, z przywodzącym muzykę włoską zwrotem melodycznym pierwszych skrzypiec. Opera Krakowska przedstawiła to dzieło w wersji koncertowej w kościele bernardynów 6 czerwca 1997 roku ze swoją ówczesną primadonną Moniką Swarowską w tytułowej partii, w 176 lat od czasów jego pierwszej prezentacji w mieście, w którym rozgrywa się akcja. Ostatnio z tą monarszą rolą na trwałe związała się Edyta Piasecka.

Po raz pierwszy wystąpiła w niej przy okazji poprzedniego wykonania tego utworu w ramach XVI Festiwalu Muzyki Polskiej, tyle że w niesprzyjającej akustyce kościoła św. Katarzyny. Tym razem w przyjaznej po remoncie sali koncertowej Filharmonii Krakowskiej, użyczając połowy twarzy wizerunkowi władczyni na plakacie zapowiadającym inaugurację XX Festiwalu Muzyki Polskiej.

Artystka nie tylko posągową urodą odpowiada wyobrażeniom o wybitnej władczyni, według przekazów będącej skądinąd słusznego wzrostu, ale i warunkami wokalnymi, w tym rozległym ambitusem swego sopranu, przydała postaci dramatycznych rysów, wychodzących naprzeciw partii zakreślonej na monumentalną skalę, a przy tym wymagającej dyskretnego koloryzowania wokalizami, zwłaszcza opadających linii melodycznych. Szczególnie duże wrażenie wywarła druga, bardziej kantylenowa aria z solo klarnetowym (nie zapominajmy, źe Kurpiński był autorem Koncertu B-dur na ten instrunent, zachowanego, niestety, w jednej tylko części).
W wersji estradowej pominięto mówione dialogi, ale pozostały melodramaty czyli recytacje na tle orkiestrowego akompaniamentu, którym śpiewaczka przydała retorycznej wzniosłości. W duetach z Wilhelmem, ponad miłość do którego Jadwiga postawi obowiązki związane z królewską godnością, partnerował jej Stanisław Napierała, cztery lata temu wykonujący ważną partię Jana z Tenczyna, wojewody krakowskiego.
Z kolei w duecie z Ziemowitem wystąpił obok niego Damian Domarecki, obiecujący młody tenor, rozwój którego obserwuję od pewnego czasu z baczną uwagą. Już w czasach Kurpińskiego Krzyżacy stanowili ucieleśnienie odwiecznego wroga. A zatem w arii di furore (gniewu) wielkiego mistrza Konrada dosłuchać się można, że wzorem dla kompozytora pozostawał demoniczny Pizarro z Beethovenowskiej wówczas jeszcze Leonory.

Z kolei dalekie reminiscencje Come un scoglio Mozartowskiej Fiordiligi w zakresie rozległych przeskoków interwałowych pobrzmiewają w arii Jagiełły, zwycięskiego pretendenta do ręki Jadwigi. Wcielił się w niego litewski baryton Regimantas Gabšys. Natomiast wkładem nominalnej ojczyzny operowej bohaterki, faktycznie pochodzącej bowiem z francuskiego rodu Anjou, było powierzenie poprowadzenia całości, a więc solistów, Chóru Filharmonii Krakowskiej i Sinfonietty Cracovii węgierskiej dyrygentce Ilonie Dobszay-Meskó. Soliści wystąpili w kostiumach Jerzego Basiury stylizowanych na historyczne, a Edyta Piasecka w purpurowym płaszczu narzuconym na czarną suknię, po przerwie zamienioną na zieloną.
Lesław Czapliński