„– Dramaturgia składa się wyłącznie z pytań i odpowiedzi, które dotyczą wszystkich najważniejszych tematów naszego życia – m.in. śmierci, Boga, aborcji, zakazów, cenzury, sztucznej inteligencji – i mają służyć stworzeniu idealnej formuły życia.” Tak scharakteryzował swój najnowszy spektakl Mahamaya Electronic Devices, jego twórca i reżyser Iwan Wyrypajew.
Intencje miał jak najbardziej godne pochwały, szlachetne i dające do myślenia, ale sama forma prezentacji nie dawała widzom satysfakcji artystycznej, nie mówiąc już o znaczeniu emocjonalnym i edukacyjnym, o co także zabiega rosyjski twórca. Od siebie dodajmy, że pytania dotyczyły też miłości, seksu, agresji, wojny, w tym konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie i Ukrainie. Wiele odpowiedzi dotyczyło konkretnych pojęć czy procesów jak np. przeznaczenie, zniewolenie, przemoc, religia, wolność, małżeństwo, dzieci, energia, yoga itd. Czego tam jeszcze brakowało…
I tu wkraczamy na teren komunikatywności tego spektaklu, który przyjął bardzej formę moralnego i życiowego manifestu, niż przedstawienia scenicznego. Cały ten dyskurs wypowiadany przez czwórkę aktorów podawany był w języku angielskim, w sumie dosyć prostym, jednak z uwagi na tempo wymawiania słów mógł on docierać w pełni tylko do osób biegle posługujących się tym językiem.

Biorąc poprawkę na tych widzów, którzy nie mają biegłości w porozumiewaniu się, należało, jak to się robi w operach albo przedstawieniach granych za granicą, pomóc w odbiorze tłumaczeniem rzucanym na ekran. Tego Wyrypajew nie dopilnował i dlatego jego praca nie spełniła w pełni oczekiwań.

Reżyser postarał się obudować ten dosyć monotony i statyczny ciąg pytań i odpowiedzi, w których na zmianę bierze udział cała czwórka, niewielkimi zmianami usytuowania aktorów na scenie, na siedząco lub na stojąco, oraz sposobem oświetlenia sylwetek, co sam zresztą zaprojektował. Wreszcie posłużył się graficznymi animacjami wideo, które bez związku z tematem przedstawiały obroty różnych geometrycznych brył, okrągłych oraz kanciastych, a także zestaw cieni i wzorków migających na ekranie stanowiącym tło dla występujących aktorów. Większość z tych animacji to po prostu wizualizacje rozmaitych funkcji matematycznych czy też projektów architektonicznych, które niejeden informatyk ma w swoim komputerze.
Czy mogą symbolizować Boga, miłość albo przeznaczenie, to zależy od wyobraźni petenta. No i prócz animacji, które trzeba było zamówić, był jeszcze dźwięk, bo z głośników nieustannie sączyła się dudniąca, rockowa sieczka, także asemantyczna, po prostu tworząca tło szumów podczas wypowiedzi aktorów. Czy owo dudnienie nadawało słowom jakiś głębszy sens? Oklaski na koniec tej dzwiękowo-wizualnej prezentacji były aprobatą dla projektu rosyjskiego artysty, który miał odwagę sprzeciwić się politycznej woli przywódcy swego kraju, zapewne także wyrażały poparcie dla jego dążeń i poglądów, jednak chyba nie stanowiły dowodu, że na scenie Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy doszło do ważnego wydarzenia artystycznego. Tutaj warto wymienić pozostałych współtwórców przedstawienia: usłyszeliśmy muzykę elektroniczną autorstwa Jacka Jędrasika, zobaczyliśmy grafikę komputerową polskiej firmy Full Metal Jacket i scenografię autorstwa ukraińskiej artystki Mily Gogenko.

Przyglądając się jednak wymyślonej przez Iwana Wyrypajewa formule, zauważamy, iż była ona w zasadzie wtórna w stosunku do jego wcześniejszych dokonań. Chociaż tutaj wspomniana czwórka – dwóch młodych mężczyzn i dwie kobiety – nie wcieliła się w żadną konkretną rolę, trudno nawet powiedzieć, by komuś przypisano poglądy bardziej radykalne, a innemu liberalne, łagodzące spór i wyważone, to sama forma prezentacji przypominała do złudzenia inne dzieło sceniczne tego autora pt. Iluzje. Ambicje tamtego spektaklu były może mniej zamaszyste, choć w nim także stawiano pytania o najgłębszy sens ludzkiej egzystencji. Miały uświadamiać, jak bardzo kruche jest wszystko, czego próbujemy się uchwycić. Iwan Wyrypajew napisał Iluzje na czterech 30-35 letnich aktorów, którzy przedstawiają historię czterech osób po osiemdziesiątce. Dawał tym samym znać, że nie wierzy w życie po śmierci, że dalszy ciąg nie nastąpi. Dał jednak wyraz swemu przekonaniu, że miłość nie umiera, ona żyje wiecznie, nawet po nas nasza miłość będzie żyć. „– Nie mogę tego wytłumaczyć w sposób naukowy, ale czuję, że tak jest” – mówił jeden z bohaterów. „– Nie wierzę w mistykę, mówię o prostej, bardzo prostej rzeczy. Miłość to bardzo prosta rzecz dostępna dla nielicznych. Przeżyłem to życie, żeby się dowiedzieć – tak, miłość istnieje. Miłość to wielka siła. Miłość zwycięża śmierć.” Trochę filozofii. Postać rosyjskiego autora, urodzonego w 1974 roku dramaturga, reżysera teatralnego i filmowego, który już zdobył polskie obywatelstwo, ale musi się bacznie rozglądać, czy nie zostanie zatrzymany na jakimś zagranicznym lotnisku, budzi podziw i przyjazne uczucia.
Jego działalność społeczna, stworzone fundacje, które zdobyte środki przeznaczają na pomoc Ukraińcom, potwierdza tę jakże pozytywną charakterystykę. Poglądy Iwana Wyrypajewa świadczą o jego nieco misjonarskich ambicjach. Chce naprawiać świat, w którym żyjemy, nawet dostrzega już pozytywne symptomy zmiany. „– Jestem ewolucjonistą i uważam, że człowiek przejdzie na wyższy poziom rozwoju” – powiedział w wywiadzie dla Polityki.

„– Świat się będzie zmieniał na lepsze. To kwestia czasu. Ewolucja jest zauważalna gołym okiem. Sto lat temu zabicie człowieka nie było obwarowane tyloma ograniczeniami, co teraz. Nawet przestępca ma prawo do obrony i procesu. Sfera praw człowieka, humanizująca działanie aparatu sprawiedliwości, się poszerza. To zasługa demokracji i świadomości, że każdy z nas jest częścią większej społecznej całości.

Rasizm, nietolerancja ograniczają się – na szczęście. Kolor skóry czy preferencje seksualne nie są podstawą wykluczenia tak często jak kiedyś. Każdy ma prawo być sobą, a to zasługa właśnie ewolucyjnego rozwoju cywilizacji. Oczywiście ten proces ewolucji jest bardzo powolny, być może zbyt powolny, a być może wojna nuklearna lub problemy klimatyczne zabiją planetę, zanim ludzie osiągną kolejny poziom ewolucji, ale co robić? Każdy musi robić, co może.” Nasz idealista podąża optymistycznie w kierunku utopii. Artysta ma ze wszech miar takie prawo, a nawet obowiązek dodawać nam wiary w przyszłość i umacniać chęć do życia. Problemem może być tylko wybrana metoda komunikacji.
Joanna Tumiłowicz