Czy można połączyć barokowego Purcella z dodekafonicznym Schönbergiem? Można. Przy pomocy Pawła Mykietyna. Projekcja dzieła scenicznego pt. Dydona i Eneasz… Oczekiwanie z Bayerische Staatsoper w Monachium została poprzedzona prelekcją o przedstawieniach teatralnych reżyserowanych przez Krzysztofa Warlikowskiego, a właściwie rozmową Katarzyny Naliwajek i Doroty Krzywickiej-Kaindel, autorki książki Oszołomienie poświęconej inscenizacjom Krzysztofa Warlikowskiego.

Spotkanie odbyło się w księgarni Teatru Nowego w Warszawie. Pani Dorota powiedziała wówczas znamienne słowa: – Śpiewacy powinni dobrze śpiewać, ale dla reżysera ma znaczenie tylko takie, aby wypełniali swoimi rolami jego koncepcję dramaturgiczną. Dramat zatytułowany Dydona i Eneasz… Oczekiwanie jest całkowicie spójnym i logicznie przeprowadzonym zdarzeniem scenicznym, bo Dydona najpierw morduje swego męża czy też partnera Eneasza wraz z kochanką, a potem w rozdzierający sposób przeżywa rozłąkę. Obie części, a właściwie operę Purcella i monodram muzyczny Arnolda Schönberga łączy część baletowa zatytułowana mój pogrzeb, bo w oryginale Dydona umiera.
Uroczystości pogrzebowe są sceną baletowo-taneczno-akrobatyczną, której towarzyszy repetytywny fragment w stylu techno przysposobiony przez Pawła Mykietyna. Muzycznie czyni tyle, że przeprowadza słuchaczy przez stulecia rozwoju muzyki (1680-2023) i przygotowuje grunt pod nowe wcielenie muzyczne Dydony lub jej wyobrażonego ducha.
Taniec z akrobatycznymi figurami Break Dance, z kręciołkami i piruetami robionymi na głowie, jest atrakcyjnym wizualnie pomostem, po którym młodsza widownia może w miarę bezkolizyjnie przemknąć do wizualnie bardziej statycznych wynurzeń bohaterki Oczekiwania, skarżącej się na porzucenie. Podobne łączenie Break Dance'u z barokowymi ariami zastosował w swej karierze scenicznej nasz czołowy kontratenor Jakub Józef Orliński.

Nie wiadomo, kto kogo zainspirował – Warlikowski Orlińskiego czy odwrotnie. Inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego jest w sumie dosyć pesymistycznym odczytaniem możliwości stworzenia szczęśliwego związku kobiety i mężczyzny. Ani Dydona, ani Eneasz nie odżegnują się od stwierdzenia, że łączy ich miłość, ale... to jest dosyć typowy dla ponowoczesnej ery związek toksyczny, oparty na obopólnym egoizmie.

Eneasz niby jest, ale wciąż wyjeżdża, jakieś polowania, bankieciki, przeprowadzki po których powrót do bardziej ustabilizowanego życia nie jest możliwy. Dydona ma tylko pretensje, nawet nie bardzo sobie uświadamia skąd się biorą. Od strony wokalno muzycznej spektakl stoi na bardzo wysokim poziomie. Bohaterką łączącą oba człony tej opery jest rodowita Litwinka Aušrinė Stundytė. Poddaje się bez wahania i perfekcyjnie wszystkim zaleceniom reżysera. Na tym tle dobry, choć trochę mocujący się z głosem baryton Eneasza (Günter Papendell) jest tylko poprawny. Świetnym rozwiązaniem scenicznej śmierci Dydony w rytmie słynnego Lamentu „When I am laid in earth” jest ukazanie dogasania tytułowej bohaterki w trakcie oblekania w czerwony puchowy śpiwór, który pomaga zasunąć powiernica i służąca Dydony Belinda, a w konsekwencji kochanka Eneasza (Victoria Randem).
Ta norwesko-nikaraguańska sopranistka to również mocny punkt wokalnej (a także tanecznej) obsady. Warto zwrócić uwagę, na jedną z najlepszych scen współautorstwa reżysera i autorki scenografii i kostiumów Małgorzaty Szczęśniak. Można oczywiście wytykać scenicznej Dydonie, że tej przepięknej arii dostarczyła zbyt wiele wibrata, ale w końcu całe to przedstawienie niewiele ma wspólnego z mitologią, Troją, Kartaginą, barokiem itd. Znakomite polifoniczne chóry Purcella pojawiają się z tzw. offu, jako wzmocnienie etycznego dyskursu, zaś jako niemy i statyczny „chór” pozostający w zimowym lesie posłużyły rzucane na ekran slajdy Kamila Polaka.
Zdaniem Doroty Krzywickiej-Kaindel, ekspertki od oper Warlikowskiego, a niekiedy jego asystentki i tłumaczki, polska ekipa realizatorów – reżyser, scenografka i autor oprawy wideo – są niezawodnym tercetem prowadzącym do kolejnych sukcesów artystycznych. Na koniec spostrzeżenie muzykologa, czyli właśnie Doroty Krzywickiej-Kaindel.
Kiedy zbliża się ku końcowi hipnotyczne Interludium Pawła Mykietyna i do kanału orkiestrowego weszli już muzycy współczesnej orkiestry Bayerischen Staatsoper pod dyrekcją Andrew Manze'go, hip-hopowy łącznik przemienia się w jedną stojącą nutę „a” razkreślne. To „a” powtarza następnie obój, bo tak zwykle podaje się czysty dźwięk do strojenia instrumentów składu symfonicznego. Potem instrumenty przez chwilę się stroją i non stop przechodzą do utworu Erwartung (Oczekiwanie) Schönberga. Mamy zatem świadectwo, że dzięki magii teatru wszystko odbywa się „tu i teraz”.
Joanna Tumiłowicz