W piątek 14 czerwca Filharmonia Koszalińska im. Stanisława Moniuszki zakończyła swój 68 sezon artystyczny. W przeciwieństwie do większości tego rodzaju instytucji od 1993 roku podlega miastu, gdyż Koszalinowi nie udało się odzyskać statusu wojewódzkiego, mimo że przed 1975 rokiem należał do złotej siedemnastki.
Koszalińska Orkiestra Symfoniczna założona została przez Franciszka Muchę w 1956 roku i dała wtedy swój pierwszy koncert 25 marca. Po piętnastu latach awansowała do miana Filharmonii, a z czasem otrzymała imię Stanisława Moniuszki. Warto przywołać przynajmniej trzech dyrygentów kierujących nią i zasłużonych dla jej rozwoju, a więc Antoniego Cwojdzińskiego, Szymona Kawallę i Rubena Silvę. Obecnie na czele orkiestry stoi Jakub Chrenowicz. Na program omawianego koncertu złożyły się dwa utwory w tonacji D-dur: Beethovenowski Koncert skrzypcowy op. 61 oraz Brahmsowska II Symfonia op. 73.
Jakub Chrenowicz poprowadził Beethovenowski koncert w dość umiarkowanych tempach, tak że w pierwszej części, to prawda, oznaczonej jako Allegro ma non troppo, ustępy o zdecydowanie lirycznych znamionach w tej sytuacji rysowały się już nie tak wyraziście ze względu na brak wystarczającego kontrastu. Wykonująca solową partię kazachska skrzypaczka Meruert Karmenowa, laureatka drugiej nagrody na ostatnim konkursie im. Wieniawskiego, wybrała bardziej kantylenową kadencję Fritza Kreislera w przeciwieństwie do par exellence wirtuozowskiej Josepha Joachima (istnieje też wspomnianego Henryka Wieniawskiego). Najlepiej można było podziwiać brzmienie jej skrzypiec w wolnym ogniwie Larghetto, uwagę przyciągało też pizzicato skrzypiec i altówek, utrzymane w dynamice pianissimo.

W Rondzie wyróżniał się fanfarowy motyw, wzorowo intonowany przez rogi i trąbki oraz nośny dźwięk solistki. Artystka gra na osiemnastowiecznym instrumencie z pracowni weneckiego lutnika Domenica Montagnany, a na bis wybrała jeden z kaprysów Niccolò Paganiniego, w którym mogła w pełni zaprezentować od najlepszej strony posiadane umiejętności techniczne. W drugiej części można było w pełni wyrobić sobie opinię o orkiestrze i prowadzącym ją dyrygencie. W bardzo dobrej dyspozycji pozostaje jej kwintet smyczkowy, dostarczający wykonaniom solidnej podstawy brzmieniowej. W otwierającym Allegro non troppo kapelmistrz należycie kształtował kulminacje w jego przebiegu muzycznym. Ogólne wrażenie zakłócały wejścia puzonów i tuby, choć zamykające to ogniwo chorałowe tutti odznaczało się brzmieniową zgodnością. Również w następującym Adagio non troppo blacha, poza trąbkami, nadal odstawała od smyczków i drzewa, w ramach którego szczególnie wyróżniały się fagoty. Na więcej brawury Chrenowicz pozwolił sobie w jakby odwróconym scherzo, z triem wysuwającym się na początek. A co za tym idzie kontrastując zwiewne Allegretto z wyrazistym Presto ma non assai, a jeśli uznać tę część za menueta, to jego dworność zestawiając z bardziej ländlerową zamaszystością i zadziornością. Finałowe Allegro con spirito zagrane zostało z prawdziwym zacięciem, z unoszącymi się ponad smyczkami zawrotnymi pasażami drzewa oraz kodą, która przywołała mi przed uszy reminiscencje z zakończenia Beethovenowskiego Egmonta: uwertury i całej muzyki do tragedii Goethego, co nie dziwi, jeśli zważy się admirację, jaką Brahms darzył swego poprzednika.
Lesław Czapliński