Przegląd nowości

Powiem otwarcie, czego nie lubię …

Opublikowano: poniedziałek, 24, czerwiec 2024 06:52

Postanowiłem to wyjaśnić, uzupełniając wiedzę – zwłaszcza moich regularnych czytelników – o negatywnych preferencjach swego felietonisty.

 

Zacznę od spacerów, za którymi nie przepadam, a gdy się już do nich przymuszę, odczuwam ewidentne poczucie zmarnowanego czasu. To może odbić się – powie ktoś – na moim zdrowiu. Możliwe, ale tym zajmę się po setnej rocznicy urodzin, do której – ku przerażeniu moich wrogów – jest coraz bliżej. Jestem wręcz wrogiem puszczania muzyki w restauracjach i kawiarniach, gdzie przychodzi się – poza konsumpcją – aby porozmawiać. A jakiekolwiek granie tylko przeszkadza, o czym pisałem już nieraz.

 

Nie znoszę – nie wiedzieć czemu – gotowanej marchewki (preferuję tartą), pochopnego przechodzenia na Ty, nadmiernego ględzenia przez telefon i natrętnego obchodzenia imienin, z wymuszonymi prezentami, banalnymi życzeniami i niemądrymi toastami.

 

Poważniejszą sprawą jest mój brak akceptacji dotyczącej coraz bardziej powszechnej kremacji zwłok. Jeśli po mojej śmierci ktoś tak zadecyduje, będę go straszył w nocy, a w dzień podstępnie podkładał nogę, przyczyniał się do nękających go nagłych wypadków z nabiciem guza włącznie, poślizgiem na zbity pysk, lub przejechaniem motocyklem na czerwonym świetle. Zwolenników kremacji ostrzegam ponadto, że na skutek tej bezbożnej procedury pozbawia się ludzkość relikwii, gdyby ktoś chciał kogoś beatyfikować i wynosić na ołtarze. Przypominam przy tym, że palenie zwłok jest obyczajem niechrześcijańskim i oczekuję, że kościół wreszcie tego zakaże.

 

W dziedzinie teatralnej nieodmiennie moje wzburzenie wywołują oklaski, jakimi obdarzają się wzajemnie artyści, stojący na scenie po zakończeniu przedstawienia. Miarą sukcesu jest owacja publiczności w odpowiedzi na zbiorowe i indywidualne ukłony. Mądry reżyser powinien je zaplanować i nawet przećwiczyć, a nie puszczać wszystko na żywioł, w którym stojący w tle sceny chór lub balet klaszcze solistom według własnego uznania, wymuszając tym samym oklaski zmęczonej publiczności oraz dyktując, co było najlepsze w oglądanym właśnie przedstawieniu. A już kuriozalnymi jawią się przemówienia dyrektorów teatrów po zakończeniu spektakli premierowych, co zdarza się niestety coraz częściej.

 

Najpierw pracownik techniczny wynosi na scenę mikrofon,  przerywając tym samym trwające jeszcze brawa. Potem wychodzi dyrektor i wymienia sążnistą listę sponsorów, dzięki którym dzisiejszy spektakl zaistniał. Następnie dziękuje realizatorom, a zwłaszcza temu, którego artyści przywołali na scenę krzycząc „reżyser, reżyser”.


Ten pojawia się udając zdziwionego, a dyrygent – jeśli to w Operze – najpierw pokazuje, że to nie on, tylko orkiestra w kanale, po czym obcałowuje i obślinia czołowych wykonawców.

 

Następnie dyrektor – nie ukrywając swoich zasług – wymienia kolejno wszystkich, przed którymi czuje swoisty respekt, bo coraz mniej zostało mu, niezbędnej w kierowaniu teatrem władzy absolutnej. A więc Urząd Marszałkowski, związki zawodowe, przychylne media, licznych asystentów, pracowników sceny, obsługę widowni, kasy biletowe, bufety, księgowość, a nawet bileterów i portierów.

 

Teraz dopiero, aby spowodować dodatkowe oklaski, wynoszone są kwiaty. Pół biedy, jeśli tylko czołowym wykonawcom. Ale zdarzało się, że gwiazdy dostawały tylko służbowego goździka, a tkwiąca w tylnym rzędzie chórzystka otrzymywała kopiasty bukiet, co stojące obok koleżanki komentowały: – Pani to ma chyba ogrodnika w rodzinie?! Natomiast widzowie mówili później do siebie: – No proszę, prawdziwe talenty obrzucane są kwiatami, ale dyrekcja trzyma je w chórze.

 

Odkąd każdy meloman posiada swoją komórkę na widowni odbywa się nieustanne fotografowanie. Najpierw w rzędach, potem na tle kurtyny, w foyer, na schodach, aby w domu pokazać znajomym, jak to się bywa w wielkim świecie.

 

Osobnym problemem są brawa na stojąco. Powinno się je stosować wobec zjawisk wyjątkowych, sukcesów nadzwyczajnych i artystów najwybitniejszych. Z tym jednak bywa różnie, w czym przoduje moja ukochana publiczność łódzka i poznańska. Zdarzało się, że wstawała oklaskując, zanim skończyło się przedstawienie. Tego nie krytykuję, bo to lepiej, niż by przed końcem przedstawienia wstawali, aby pójść do domu.

 

Czego jeszcze nie lubię? Konkursu na stanowiska dyrektorów teatrów, bo to przynosi wiele konsekwencji negatywnych i powoduje regres w uprawianiu polskiej sztuki operowej. Byłego kontratenora i pewnego klarnecisty, oraz kilku baletowych wiedźm, które w obawie o moją bezkompromisowość i ostrość spojrzenia, postanowiły zakazać mi pisania felietonów.

 

Ale moje dzisiejsze szczere wyznanie świadczy, że odczuwam potrzebę skonfrontowania swoich poglądów z tym, co sądzą moi czytelnicy. Zwłaszcza, że w najbliższym czasie spróbuję przedstawić to, co najbardziej lubię.

                                                                    Sławomir Pietras