Scenografię Magnetyzmu serc, przedstawienia w Starym Teatrze w Krakowie według Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry, lecz wykorzystującego ich podtytuł, tworzą dwa bujane koniki i plastikowa, nadmuchiwana zjeżdżalnia (dek. Kalina Jagoda, Dębska, Julia Furdyna, i Zofia Tomalska, a więc akcesoria z placu zabaw dla dzieci. Brakuje tylko jeszcze piaskownicy.
Można w tym widzieć zapowiedź, że będziemy mieli do czynienia nie tyle z grą, ile zabawą. Zaludniają go postacie jednowymiarowe niczym z jarmarcznego teatrzyku. Na przykład Parad Jana Potockiego, piszącego, co prawda, dla pałacowej sceny w Łańcucie, ale inspirującego się włoską komedią improwizowaną. Zwłaszcza Albin, płaczliwy kochanek, wzdychający i przyjmujący wciąż te same pozy z uniesionymi ramionami, stanowi pocieszną figurę nieszczęśliwego zalotnika, wcielenie prowincjonalnego Wertera. Fakt, że już współcześni zarzucali Fredrze, iż tworzy galerie typów, a nie pełnokrwistych osób. Mniej stereotypowy jest Gustaw.
W znacznej mierze dzięki Łukaszowi Szczepanowskiemu, który potrafił tchnąć w niego życie, nie skupiając się na jednej tylko, określającej go cesze charakteru. Czyżby Radost w błazeńskiej czapce Stańczyka (kost. Julia Furdyna i Zofia Tomalska) przeistoczył się z postaci wielkiej poczciwości w faktycznego animatora tych figur, wykorzystującego je w sobie wiadomej intrydze?

Nieporozumieniem jest natomiast sklecona przez twórczynie (scen. Maria Gustowska, reż. Kalina Jagoda Dębska) persona Fredry-Erosa w osobie Ewy Kolasińskiej, której pozostał jedynie charakterystyczny, od pierwszej chwili rozpoznawalny głos. Aktorka nie próbuje nawet uwiarygodnić granej „pałuby” i sprawia wrażenie dość bezradnej, drętwo wypowiadając swoje kwestie.

Wydaje mi się, że przeniesione do współczesności realia obyczajowe z dziewiętnastowiecznej komedii jawią się jeszcze bardziej anachronicznymi i sztucznymi, tracąc przy tym wszelki ładunek humorystyczny. Za jedyną formę stylizacji na pierwowzór uznać można przywoływane od czasu do czasu przez wykonawców przedniojęzykowe „ł”, na które trzeba mieć wyczulone ucho, bo od dawna nie występuje w mówionej polszczyźnie i było kultywowane wyłącznie na potrzeby sceny. Krystyna Janda uczyła jego wymowy aktorów w reżyserowanych przez siebie Fredrowskich Mężu i żonie, ponieważ już się nie uczy tego w szkołach teatralnych. Czasem ramotka w stanie naturalnym, potraktowana na poważnie, może o wiele bardziej śmieszyć od prób poszukiwania na siłę współbrzmienia z dzisiejszymi czasy.
Lesław Czapliński