Gdyby Engelbert Humperdinck miał pewność siebie dorównującą Ryszardowi Wagnerowi, to nazwałby Jasia i Małgosię dramatem muzycznym. Temat zaczerpnięcty z Baśni Braci Grimm to w zasadzie mroczny horror. Jeśłi porównamy to dzieło muzyczne z Lohengrinem, to obie rzeczy mają niemal identyczny początek. Elza idzie z bratem do lasu i wraca sama z piętnem morderczyni.

Tu historia wyjścia Jasia i Małgosi do lasu przebiega z początku jeszcze bardziej dramatycznie. Dzieci nie potrafią wrócić do domu i wpadają w sidła okrutnej kobiety, którą w konsekwencji podpalają w jej domku. Kompozytor jednak skromnie nazwał swoje dzieło baśnią operową. Tak samo potraktowała je reżyserka przedstawienia w Teatrze Wielkim w Łodzi Natalia Babińska.
Na okrucieństwa fabuły spojrzała z przymrużeniem oka, złagodziła brutalność niektórych scen – nóż jakim ma być pokrojona na kawałki Małgosia ma tępe zęby, zaś ogień w którym Baba Jaga smaży się w swym domku nie wydziela dymu.

A przecież mogło by to wyglądać zupełnie inaczej. Jednak w drugiej części opery historia nabiera kolorów. Dzięki Dianie Marszałek, autorce scenografii, kostiumów i rysunków do animacji widzimy barwną tęczę, składającą się z sześciu podstawowych kolorów, drzewa początkowo zaznaczone na scenie minimalistyczymi, dosyć topornymi kształtami, nabierają barw symbolizujących liście, owoce, ptasie gniazda itd.
Sam domek Baby Jagi przedstawia się bardzo kusząco, cały jest wykładany kolorowymi ciastkami i piernikami. Dzieci zdają się nie rozumieć zagrożenia. Wokół zwierzęta leśne wyraźnie sprzyjające dzieciom wykonują wdzięczne pląsy według układu choreografki Anny Hop. Jedynie prowadzący orkiestrę oraz przy okazji chór dziecięco-młodzieżowy Rafał Janiak zachowuje powagę i tę dosyć rozbudowaną instrumentację prezentuje całkiem solidnie. Tu warto zwrócić uwagę na dosyć tajemniczy początek Uwertury, a także dynamiczne i gwałtowne paroksyzmy leśnej burzy wzmocnionej autentycznymi nagraniami grzmotów. Dopiero blisko finału w partyturze pojawiają się bardziej pogodne rytmy walca wiedeńskiego, niczym z Jana (Jasia) Straussa, choć to Ryszard Strauss zachwycił się operą Humperdincka i pisał: Jakiż ożywczy humor, jakaż pysznie naiwna muzyka.
Jednak Wagner nie mógłby napisać tej opery, bo z humorem i naiwnością było u niego krucho. Także zadania dla śpiewaków nie były tak karkołomne jak u twórcy Ringu. Role dla Jasia i Małgosi wykonują sopran i mezzosopran żeński, bo dzieciom trudno byłoby powierzyć partie wymagające stawienia oporu pełnej orkiestrze. Zuzanna Nalewajek jako Jaś dobrze sobie radziła z dziecięcą rolą.
Także Małgosia w realizacji Patrycji Krzeszowskiej tylko z rzadka przechodziła w bardziej dziewczyńską, piskliwą emisję. Mama Anna Wierzbicka czasami siłowała się ze swoim głosem, ładnie wypadł Tata Arek Anyszka mogąc się też popisać tanecznymi ruchami.

Agnieszka Makówka jako Baba Jaga wypełniała wszelkie cechy dwuznaczności tej postaci, choć wyśpiewywane przez nią teksty były trudne do zrozumienia, a akurat w drugiej części opery literki wyświetlanego libretta rzucane były na rozpraszające, czarne tło. W skład obsady wokalnej wchodziły jeszcze Duszek Dzienny – Hanna Okońska oraz Duszek Nocny – Aleksandra Borkiewicz. Trzeba oddać sprawiedliwość realizatorom i wykonawcom opery Jaś i Małgosia – zgromadzone na premierze dosyć licznie dzieci nie wyglądały na znudzone (ani przerażone), były w stanie wysiedzieć przedstawienie trwające 2 godziny i 10 minut, co już samo w sobie w dobie smartfonów i komputerów jest dużym sukcesem. Warto dodać, że przedstawienie w formie dźwiękowej było transmitowane w II Programie Polskiego Radia, zaś wizualnie trafiło do streamingu.
Joanna Tumiłowicz