Tak mało wiemy o Albanii, że każda okazja kontaktu z tym krajem wydaje się cenna i pożyteczna. Teatr operowy w Tiranie okazał się obiektem nowoczesnym, z widownią na około tysiąc foteli, obszerną sceną i dużym orkiestronem, a - co najważniejsze - przyzwoitą akustyką.
Niestety nie mogę nic powiedzieć o tradycjach operowych tej niewielkiej krainy z niespełna trzema milionami mieszkańców, bogatą historią i niechlubną komunistyczną przeszłością. Starożytne plemię Ilirów to naród dzielny, mówiący językiem niepodobnym do otaczającej go greki, włoszczyzny, czy mowy ludów dawnej Jugosławii. Już w pierwszych zetknięciach Albańczycy okazali się ludźmi urodziwymi, uprzejmymi, mówiący z cudzoziemcami po angielsku, o czym przekonaliśmy się mieszkając w luksusowym hotelu o nazwie „Adriatyk”, nad morzem o tej samej nazwie, w kurorcie Durres. Łódzka agencja Grand Tour zawsze dwoi się i troi, aby każda operowa podróż łączyła w sobie odkrycie repertuarowe, atrakcyjne wykonawstwo i realizację spektakli w różnych miejscach świata. Gdyby polscy decydenci zechcieli w ekspresowym tempie wykształcić nowoczesną kadrę managerów operowych, powinni w systemie stypendialnym wysyłać w te podróże z Grand Tourem kandydatów na dyrektorów naszych scen, którzy poznając organizację i funkcjonowanie teatrów operowych w różnych częściach świata, aktualne rozwiązania kadrowe, trendy repertuarowe i coraz bardziej powszechne kooperacje, poznawaliby tajniki tego zawodu, nawiązywali niezbędne kontakty artystyczne i biznesowe, nie zawracając sobie głowy skompromitowanymi konkursikami na te stanowiska w targanej operową konkursomanią ojczyźnie.
Przekonałem się o tym po raz 161 dowodząc kompletem melomanów, którzy dyskutując o oglądanych produkcjach przekazują swe poglądy, oczekiwania i oceny, jakże cenne dla każdego operowego szefa z prawdziwego zdarzenia.
Ciekawi zupełnie nieznanych albańskich tradycji operowych, zamiast tego zetknęliśmy się w Tiranie z przykładem koprodukcji z włoskim Festiwalem Pucciniego w Torre del Lago. Przed kilku laty oglądaliśmy tam Madama Butterfly wyreżyserowaną przez zaprzyjaźnionego z Łodzią Renzo Giacceriego. Spektakl piękny, stylowy z elementami najlepszej włoskiej tradycji.
Teraz reżyser o nazwisku Manu Lalki postanowił na nowo odczytać temat japońskiej gejszy i amerykańskiego oficera, co uczynił z mniejszym tupetem i bezczelnością, niż niektórzy jego polscy koledzy, ale z równie dużą szkodą dla arcydzieła Pucciniego. Będąc jednocześnie autorem scenografii i większości nietrafionych kostiumów wprowadził mało czytelne pląsy, nie wiadomo po co ukazującej się grupy dziewcząt. Rozbudował rolę dziecka, które niepotrzebnie odwraca uwagę od przebiegu dramatu, a w finale wprowadza na scenę Pinkertona z bukietem czerwonych róż i całą rodzinę nieszczęsnej Cio Cio San, pragnącej wszakże popełnić harakiri w samotności.
Tych udziwnień i wymądrzeń jest o wiele więcej, ale sytuację ratował wysoki poziom muzyczny przedstawienia, którym kierował Jacopo Sipari di Pescaserolli, osobnik dyrygujący przyzwoicie, ale zachowujący się przy pulpicie co najmniej dziwnie, z wymachiwaniem rąk do publiczności, podskokami, a przy końcowych ukłonach podrygami i przytupami.
Partię tytułową śpiewała Anna Pirozzi, śpiewaczka wybitna, o głosie fascynującym i wokalnej interpretacji godnej nagrania płytowego, ale posturze tankowca średniej wyporności, lub stodoły tuż po obfitych żniwach. Takich decyzji obsadowych w naszych czasach popełniać już nie wolno. A reżyser zamiast jakoś tonować tę korpulencję, ubrał gwiazdę w coś w rodzaju białej pierzyny, kazał ciągle biegać po scenie, a kiedy oświadczała Pinkertonowi, że „dziś lat 15 kończę”, oboje wyglądali jak matka z synem i to z pierwszego małżeństwa, a nie para mających się za chwilę spełnić kochanków.
Śpiewający Pinkertona tenor Klodian Kaçani to artysta najwyższej klasy, który jeśli nie zrobił jeszcze (bo młody), to na pewno zrobi międzynarodową karierę. To samo można powiedzieć o mezzosopranie Ivanie Hoxha w roli Suzuki i barytonie Armado Lakaj (Sharples). Podobał się również w swej kreacji aktorskiej Roel Liupa jako Goro.
Tak więc obsada solistów uratowała poziom tego przedstawienia, a tytułowej Annie Pirozzi życzymy zamiast niefortunnej kreacji piętnastoletniej gejszy, jak najszybciej występów w Normie, Tosce, Medei, Abigail, Leonorze czy Walkirii, na które Grand Tour zabierze nas do teatrów, w których będzie się to odbywać.
Sławomir Pietras