Aby nie zakłócać żałoby po śmierci Józefa Stalina, uroczystości pogrzebowe po śmierci zmarłego tego samego dnia Siergieja Prokofiewa przeniesione zostały na dziedziniec krakowskiego Muzeum Archeologicznego, wcześniej klasztoru i więzienia św. Michała. A konkretnie do sieni pomiędzy nim a ogrodami.

Mimo że sztuka Moniki Milewskiej i przedstawienie Teatru Mumerus noszą tytuł Dziś umarł Prokofiew odnosi się do Prokofiewa, to faktycznym bohaterem jest jego wielki rywal – Dmitrij Szostakowicz, a przedstawienie stanowi opowieść o jego życiu. O zaciskającej się pętli, gdy popada w niełaskę u Stalina i nie mniej groźnych sytuacji, kiedy staje się jego ulubieńcem.
Kilkakrotnie przywołany zostaje Michaił Bułhakow i jego Mistrz i Małgorzata, a nawet telefon od Stalina do kompozytora faktycznie dotyczył tamtego. Klasę samą dla siebie stanowi Jan Mancewicz w roli Szostakowicza. Dramat Moniki Milewskiej do pewnego stopnia jest bowiem monodramem zogniskowanym wokół tej postaci, a towarzyszące mu rozbudowane widowisko i pozostali aktorzy (Ewa Breguła, Monika Gigier, Robert Żurek, Mateusz Dewera) przy całym ich scenicznym zaangażowaniu dostarczają faktycznie oprawy dla jego historii. Mancewicz za pomocą operowania spojrzeniem oraz nerwowych ruchów rąk skutecznie tworzy wizerunek neurotycznej osobowości zaszczutego przez system muzyka. Dodatkowo, z uwagi na scenerię, na tle jasnej ściany powstaje ekspresjonistyczna gra cieniami jego sylwetki.
Nie do końca jego partnerem stał się Jacek Milczanowski jako Stalin ze względu ujęcia tej postaci w sztuce, pojawiającej się tylko od czasu do czasu, wkraczającej do życia bohatera niczym diabeł wyskakujący z pudełka, a w tym przypadku spoza otwierających się drzwi. Wielokrotnie ponawiane zgłaszanie się Szostakowicza do służby wojskowej w czasie oblężenia Leningradu nie stanowi nawiązania do Kantorowskiego teatru automatów, lecz wynika z efektu występującego w tworzonej wtedy przez niego siódmej symfonii, w przyszłości noszącej miano „leningradzkiej”.
Otóż w pierwszej części nawiązaniem do hitlerowskiej inwazji jest powtarzający się motyw marszowy, wzorem Ravelowskiego Bolera narastający zarówno dynamicznie, jak i poprzez przyłączanie się coraz większej ilości instrumentów. Podobnie w jednej ze scen Mateusz Dewera odwołuje się do argumentu uderzania trzymanym w dłoni butem, niczym, wybiegając w przyszłość, poza czas i miejsce akcji, Nikita Chruszczoww ONZ-cie, a co później puentuje po odnalezieniu i ponownym wzuciu na stopę, słowem „kopciuszek”, mając na myśli nie tyle baśń Charles’a Perraulta, ile ostatni balet Siergieja Prokofiewa.

Silą rzeczy istotną rolę w dramaturgii spektaklu odgrywa muzyka i jej krążenie w przestrzeni. A więc fragmenty I Koncertu na fortepian i trąbkę, opery Lady Makbet mceńskiego powiatu oraz tragicznej V Symfonii, będącej „odpowiedzią radzieckiego artysty na słuszną krytykę” Stalina poprzedniego dzieła, a także VII i IX Szostakowicza, motyw Montecchich i Capuletich z Romea i Julii, słynnego Marsza z Miłości do trzech pomarańczy oraz oprawy do filmu Spisek bojarów Prokofiewa.
W celu przywołania radzieckich realiów reżyser w znacznej mierze sięgnął do wzorców tamtejszej awangardy z lat dwudziestych. Kostiumy Doroty Morawetz alegorycznych postaci z otoczenia kompozytora ukształtowano na podobieństwo plakatów oraz ilustracji Aleksandra Rodczenki, a umieszczenie jednej z figur na wrotkach nawiązywało do montażu atrakcji z czasu scenicznych eksperymentów Siergieja Eisensteina w teatrze Proltkultu, przy czym o tym ostatnim wspomni się w związku z odłożonym na półkę jego filmem Spisek bojarów i występującą w nim orgią opryczników, sekwencją nakręconą na barwnej taśmie niemieckiej, stanowiącej wojenne trofeum, a do której muzykę skomponował Prokofiew.

Ponadto od czasu do czasu w tło wkrada się niepokojący, wibrujący dźwięk tereminu, elektronicznego instrumentu (eponimiczna nazwa od jego konstruktora Lwa Termena), poprzednika francuskich fal Martenota.

Sam reżyser Wiesław Hołdys na początku wcielił się w Grzegorza Fitelberga z anegdoty o zarządzeniu minuty ciszy po śmierci muzyka a nie Stalina podczas próby katowickiej orkiestry radiowej, a także Wissariona Szebalina, kompozytora i dyrektora moskiewskiego konserwatorium, w trakcie narady z ideologiem Andriejem Żdanowem upominającego się o naprawę przeciekającego dachu w swojej uczelni, kiedy pozostali rozprawiają się z formalistami w radzieckiej sztuce.
Lesław Czapliński