Najpierw mniejszymi czcionkami Jagodziński, poniżej większą Panufnik. Pamiętając, że wielkość czcionek w języku koncertowych programów oznacza stopień rangi w królestwie Apolina i Polihymni, dowiadujemy się przy okazji że mija 110-lecie urodzin Andrzeja Panufnika i ten koncert w przyjaznym muzyce Audytorium Muzeum Historii Polski w Cytadeli jest rocznicy przypomnieniem.

Panufnik w Cytadeli? A właśnie. Temu kompozytorowi, któremu początkowo, w mrocznej epoce stalinizmu dane było zakosztować ostracyzmu, bo był twórcą, który z Polski wyjechał i nie wrócił od razu, by zwrócić paszport. Nazwisko Panufnik wymieniano wtedy jednym ciągiem z nazwiskiem Polańskiego, a jeden z wiodących poetów polskich zdecydował się nawet napisać wierszyk z słowami dezerter i zdrajca. Na szczęście Panufnikowi dane było dożyć czasów, gdy przyjechał, już jako „SIR” do swej ojczyzny i był podejmowany z honorami.
Może nawet trochę zapomniał o tych bolesnych epitetach... Obie symfonie, które orkiestra zagrała z okazji jubileuszu były w pełni „bogoojczyźniane”, jak ulał pasujące do idei erygowania zwalistego Muzeum Historii Polski. W czteroczęściowej Sinfonii Rustica (1948) kompozytor zawarł, zgodnie z ówczesnymi wytycznymi socrealizmu bukiet polskich pieśni ludowych poddawanych rozmaitym wariacyjnym przekształceniom. Najwięcej uroku miała Piosnka, którą umieścił równolegle kolega Panufnika Witold Lutosławski w swym Tryptyku śląskim: Ach w téj studni zrzódło bije. Nic dziwnego, że również wpadła w ucho Panufnikowi, który wybrał życie w deszczowej Anglii.

I tutaj odkryliśmy największe atuty Sinfonii Iuventus kierowanej przez Macieja Tomasiewicza. Bo w obu Panufnikowych Symfoniach rolę inicjującą motywy przejmowały instrumenty dęte, w Sinfonii Rustica – flet, klarnet, trąbka, obój, fagot, a potem dopiero przechwytywały myśl smyczki.
I co ciekawe w Sinfonii Sacra też odznaczał się flet i cała reszta. Sacra jednak opierała się na kwadracie stworzonym z umiejscowionych w czerech rogach sali trąbkach – to taki przestrzenny, kwadrofoniczny pomysł samego kompozytora robiący nieustannie duże wrażenie na słuchaczach. Zwłaszcza Sinfonia Sacra z wplecionymi motywami Bogurodzicy i zwycięskimi fanfarami trąbek, a później jeszcze całej poszerzonej blachy i perkusji, idealnie pasowała do pochylającej się nad tysiącletnimi dziejami Rzeczypospoliej geometrycznymi sklepieniami MHP.
I jeszcze grzmiące kotły, jak w Dziewiątej Beethovena, zamykają cały utwór pięcioma dźwiękami początku Bogurodzicy. Wróćmy jednak do Andrzeja Jagodzińskiego, który choć „na drugim planie”, ale jednak rozpoczynał koncert Sinfonii Iuventus.

Trio jazzowe odpowiednio dogłośnione elektronicznie także mogło się popisać typowymi przetworzeniami improwizującego zespołu – fortepian, kontrabas, perkusja – ale tutaj najciekawsze były jednak skomponowane przez Jagodzińskiego sekwencje orkiestrowe. Pomysły korzystania z uroków poszerzonej harmonii tonalnej mogłyby nawet przypominać traktowanie systemu dur-moll przez Panufnika. No i znowu inicjowanie poszczególnych tematów powierzono flecistce – tylko już artystka była inna, choć równie znakomita jak u Panufnika.
Co jeszcze się w Koncercie fortepianowym g-moll na trio jazzowe nakładało z utworem 110-letniego jubilata? Zamiłowanie do rytmów synkopowanych. Finał u Jagodzińskiego będący roztańczoną poleczką z przytupami wymagał jazzowego feelingu tak samo jak ostatnia ludowa wariacja w Sinfonii Rustica. I tutaj z uznaniem spoglądaliśmy, jak świetnie radził sobie ze skocznymi rytmami Maciej Tomasiewicz. Najwyraźniej ten dyrygent przypadł też do gustu młodym muzykom z Iuventusa.
Joanna Tumiłowicz