Był to zbieg okoliczności, ale jakże szczęśliwy dla tegorocznego Bydgoskiego Festiwalu Operowego i Łódzkich Spotkań Baletowych. Nad Brdą Romeo i Julię z muzyką Sergiusza Prokofiewa zaprezentował zespół Les Ballets de Monte Carlo w choreografii Jeana-Christophe’a Maillot.
Ten francuski, niegdyś urodziwy solista Baletu Hamburskiego (teraz jest już łysy), wykształcony przez Roselę Hightower, a wypromowany przez Johna Neumeiera, zrealizował ten spektakl w roku 1996. Poważny wypadek nagle zakończył jego karierę jako tancerza. Wyrwawszy się z magii choreograficznej twórcy hamburskiego cudu baletowego, został dyrektorem zespołu w Tours, skąd pochodzi, gdzie stworzył około dwudziestu baletów, a następnie został odkryty przez Księżną Hanoweru Karolinę, która postanowiła kontynuować diagilewowską tradycję w Monaco i w roku 1993 mianowała Jeana-Christophera szefem Ballets de Monte Carlo.
Nie oglądałem wszystkich produkcji Festiwalu, bo jak Państwo wiecie – zostałem brutalnie odsunięty od komentowania jego przebiegu przed poszczególnymi spektaklami. Ale Romeo i Julia przywieziona z Monaco i zatańczona przez światowej klasy zespół, należy do najważniejszych wydarzeń artystycznych w historii już trzydziestu edycji tego cennego Festiwalu. Obecność w Polsce tak cennego spektaklu zawdzięczamy międzynarodowej pozycji i umiejętnością impresaryjnym naszego Jacka Soleckiego, z którym dyr. Maciej Figas owocnie współpracuje w dziedzinie repertuaru baletowego.
W dniu jego prezentacji uczestniczyłem po południu w super ciekawej dyskusji „Czy opera może i powinna być nowoczesna” w sali kameralnej im. Felicji Krysiewiczowej (kto pamięta tą wybitną bydgoską postać, bo ja oczywiście – tak!). Całość interesująco prowadził i zadawał pytania red. Jacek Marczyński, a ciekawymi refleksjami podzieliły się z nami dwie bydgoskie uczone z Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego: dr hab. Aleksandra Kłaput-Wiśniewska i dr hab. Barbara Mielcarek-Krzyżanowska, jedna sympatyczniejsza i mądrzejsza od drugiej. Natomiast zaskoczeniem były wypowiedzi dyr. Macieja Figasa i dyr. Piotra Wajraka, którzy – obydwaj dyrygenci – równie dobrze radzą sobie na mównicy, co przy pulpicie dyrygenckim.
Z tego nasuwa się prosty wniosek, że w Bydgoszczy powinny co miesiąc odbywać się równie atrakcyjne Warsztaty Operowe, cementując i pogłębiając więzi tutejszej publiczności ze swym Teatrem i jego artystami. Ale czy mnie ktoś posłucha? Zdaję się, że w Bydgoszczy – nie…
Wydawało mi się, że wybór spektaklu Romea i Julii z muzyką Hektora Berlioza na otwarcie XXVII Łódzkich Spotkań Baletowych w choreografii Sashy Waltz jest przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym. Ta wyrazista, ale kontrowersyjna choreografka niemiecka stworzyła ten spektakl dla Opery Paryskiej w roku 2007. Jest on pozbawiony warstwy narracyjnej, jak to u Szekspira, bazuje na emocjach, refleksjach, interpretacji pięknej muzyki Berlioza i zaciera odrębności fabularne poszczególnych postaci. Siedząca obok mnie wystrojona dama, spytała w połowie tego jednoaktowego przedstawienia: „Proszę pana, a która to jest ta Julia, a który Romeo?”.
Oglądałem spektakl drugopremierowy 13 maja. Julię tańczyła wspaniale Karolina Urbaniak, Romea – Joshua Legge, świetny tancerz australijski, którego obserwuję uważnie, bo to również choreograf z perspektywami, a Ojca Laurentego Yuki Itaya. Pozostałymi wykonawcami byli tancerze, głównie cudzoziemcy, bez oznaczenia, kto jest Montecchi, kto Capuleti, gdzie Tybald, Parys, Merkucjo, Benvolio czy Niania.
Wynikało to z koncepcji choreograficznej całości, która nie opowiadała po szekspirowsku fabuły kochanków z Verony, snując tylko refleksje ruchowe w różnorodnej technice tańca, demonstrując choreografię bogatą w pomysły, emocjonalną, a jednocześnie precyzyjną i atrakcyjną w odbiorze.
W tym miejscu należy się wielkie uznanie dla łódzkiego zespołu baletowego za precyzję wykonania i pokazanie wysokiego pułapu umiejętności w zmaganiu się z choreografią po prostu trudną. Osobne gratulację dla dyr. Rafała Janiaka i profesorów orkiestry oraz solistów Bernadetty Grabias i Dawida Kwiecińskiego. Finałowy monolog basowy Roberta Ulatowskiego nie zabrzmiał zbyt fortunnie, co pozostawiam do zastanowienia się kierownikowi muzycznemu.
W jak zwykle starannie zredagowanym programie spektaklu z przyjemnością przeczytałem wspomnienie Ewy Wycichowskiej o jej przeżyciach związanych z tańczeniem w Łodzi roli Julii w odległej już przecież przeszłości. Na całej stronie zamieszczono fotografię Gwiazdy z przytulonym do twarzy pieskiem. Długo wpatrywałem się w tę fotografię, aż w nocy przyśnił mi się ten piesek, który wypuszczony przez Wycichowską dorwał mi się do mięsistej części ciała poniżej pleców, wyrwał i pożarł ile się dało, po czym zdechł, zanim zdołałem go ukarać.
Sławomir Pietras