Żadna z tancerek nie otrzymała tradycyjnych baletek, ani bucików, sandałków czy szpilek, żaden z baletmistrzów nie mógł strzelić obcasami i zatańczyć z przytupem. Ale bose stopy w miłosnych uniesieniach Julii i Romea miały jednak swoje symboliczne zastosowanie, bo układ taneczny stworzony przez choreografkę i reżyserkę Sashę Waltz przewidywał potrącanie nagą stopą dłoni Romea, jakby zachęcając do dalszych karesów.
I jeszcze ten sam ruch stopą pojawił się w głębi rozpaczy, gdy Julia nie mogła ożywić już ręki martwego kochanka i męża. Ten niewielki gest najlepiej i najmocniej oddawał przesłanie baletu Romeo i Julia z muzyką symfonii dramatycznej Hectora Berlioza z francuskim librettem opartym na dramacie Szekspira.
Kierujący muzycznie wykonaniem arcydzieła sztuki romantycznej Rafał Janiak zdradził, że początkowo myślenie o balecie o najsłynniejszej parze kochanków oscylowało wokół twórczości rosyjskiej – Prokofiew, Czajkowski – ale chyba dobrze się stało, że dzięki emocjonalnemu embargu uzyskaliśmy choreograficzną wizję Hectora Berlioza, o wiele rzadziej goszczącego na naszych scenach i estradach koncertowych.

Koncepcja Sashy Waltz wspierana przez minimalistyczną, ale genialnie prostą scenografię w formie dwóch ruchomych ogromnych białych płyt, wprowadziła trochę fermentu w tradycyjną opowieść o nieszczęśliwym romansie.
Artystka łącząca swe doświadczenie taneczne ze zmysłem teatralnym podsuwa tancerzom czasem neoklasyczne układy, innym razem całkiem modernistyczne, wręcz surrealistyczne czy parodystyczne tany, jak w karykaturze jakichś dworskich pseudo gawotów czy menuetów, co przypominało pijanego sztajerka u pana Wątróbki z Cafe pod minogą. Ale i tutaj trafiają się choreograficzne zbiorowe perełki, gdy np. tancerze i tancerki ustawieni według wzrostu kładą swe głowy na szyi poprzednika. Nie wszystkie kroki, gesty i układy taneczne mają jakieś semantyczne znaczenie, niekiedy chodzi tylko o wypełnienie scenicznej przestrzeni ruchem, jednak w całości dzieło Sashy Waltz jest żywe, spójne i przemawiające do wyobraźni. Bardzo dobrze też spisuje się tytułowa para premierowych solistów – Kata Ban i Chase Vining.
Romeo przy tym zostaje postawiony przed akrobatyczno-pantomimicznym zadaniem wykonania sceny rozdarcia i rozpaczy w absolutnej ciszy, na tle śliskiej, białej ściany, jakby ostatecznej przepaści swego jestestwa. Z ulgą przyjmujemy powrót natchnionej muzyki Berlioza, która ma także swoją wokalną, chóralną i solistyczną sekwencję. Rafał Janiak prowadzi zespoły Teatru Wielkiego w Łodzi z pasją i temperamentem.

Nieźle radzi sobie sekcja dęta orkiestry, a w końcu na dziełach Berlioza opierał swoje twórcze orkiestrowe wizje sam Ryszard Wagner. W składzie śpiewaków daje się zauważyć jedyna osoba, której pozwolono wejść na scenę w butach – mezzosopran Iryna Zhytynska.
Stoi jak słup soli, ale głos się jej nieznacznie chwieje. Tenor Adrian Domarecki otrzymał też niewielkie zadanie ruchowe, ale ciężar finałowego hymnu pojednania spoczął na nagim torsie i nośnym głosie basa Daniela Mirosława, który przeistoczył się w moralnego egzorcystę dwóch rodzinnych klanów – Capuleti i Montecchi. Zakończenie symfonii dramatycznej pełne grzmotów muzycznych i nieco przesadnego patosu, niejednego śpiewaka zmusiłoby do forsownych forte i wysilonych długich fermat w górze skali. Aż dziwne, że twórcy spektaklu z bardzo ciekawymi strojami dla dosyć przeciętnie brzmiącego chóru, nie wpadli na pomysł, aby sceny zbiorowego narodowego pojednania nie umieścić gdzieś nad Wisłą. O, chyba nie tak prędko!
Joanna Tumiłowicz